Jezus mistrzem zen? Strona startowa Concerto de revolutionibus - Passionato

 

MOTYLE I MOTYLE
Tema con variacioni

Introductio
Słowa. Toczę walkę z nimi. Już od dawna moją bronią jest milczenie. Zazwyczaj ono mi wystarcza, jednak w tej chwili, zmęczony tymi bezgłośnymi zmaganiami, zapragnąłem coś powiedzieć. Wpadłem na pomysł, by użyć przeciw słowom ich własnej broni, by spróbować oddać ich naturę przy pomocy ich samych.

Słowa... słowa same w sobie nie posiadają wartości, niezależnie od tego jaką treść im przypisujemy. Zdobywają one wartość dopiero wtedy, gdy mają wpływ na rzeczywistość, gdy w świecie realnym coś za ich przyczyną ulega zmianie. Potencjalnie najsilniejszymi wydają się być dwa krótkie wyrazy: tak i nie. Przeważnie stoi za nimi dynamiczna intonacja głosu, wyraziste spojrzenie lub gest, no i oczywiście jakiś "żywy" problem czekający na rozstrzygnięcie. Im więcej słów tym mniejszą posiadają one siłę wpływu na materialną rzeczywistość.

Co więc, wobec powyższego można powiedzieć o książce, która bez umiaru, od początku do końca, zadrukowana jest - a jakżeby inaczej - słówkami? Co powiedzieć o pisarzu święcie przekonanym o pozytywnym wpływie treści takiego dzieła na egzystencję czytelników? Pierwsze to, wywołane gorączkowym pragnieniem złudzenie, omam, fatamorgana... to drugie z kolei, to głupiec, który temu urojeniu uwierzył. Pewnie domyślasz się - drogi Czytelniku - czemu zazwyczaj popadam w milczenie. Ta świadomość beznadziejności mówienia czy pisania o czymś istotnym, co swą treścią wykracza poza chwilę obecną skazuje mnie na nie. Lecz dziś nie mam zamiaru uciekać przed słowami w głąb siebie. Będę z nimi walczył ich bronią i, by uchronić się od czyhającego na mnie pesymizmu, użyję pewnego podstępu. Nie ja będę pisarzem. Tym naiwnym głupcem będzie ktoś przeze mnie wymyślony - mój bohater.

Wyobraźmy sobie... To tu na ekranie imaginacji, powstaje ten iluzoryczny obraz rzeczywistości, który tworzy błędne, nazbyt wygórowane mniemanie o sile słów. Ich siła tymczasem niemal zawsze ogranicza się do stwarzania złudzeń. Sam nie wiem czy tak jest gorzej, czy może jednak lepiej.

Zobaczmy więc oczami wyobraźni typowego literata, zamkniętego w sobie i w swojej pracy - dla takiego pismaka jedno i drugie oznacza to samo, cóż to za durnie! Siedzi pochylony nad kartką i swym starym, wysłużonym piórem wypisuje na niej długie rzędy słówek, potem skreśla niektóre, pojedyncze wyrazy, przestawia je, dodaje inne - tak jak robią to pisarze. Powiedziałbyś, że "bawi się jak dziecko", ale dziecko nie ma nadzieji na..., nie wierzy że..., dziecko bawi się dla tymczasowej przyjemności - bezinteresownie i spontanicznie - po prostu: bawi się.

Mój bohater właśnie kończy pisać jakieś opowiadanie. Jestem szalenie ciekaw co on tam nagryzmolił. Myślę, że nie obrazi się na nas jeśli, zaglądając mu przez ramię, przeczytamy ten maleńki fragment jego "wielkiej literatury". Spójrzmy...

Tema

a czasów dynastii Han w małej wiosce leżącej w prowincji U żyło dwóch chłopców, którzy byli niezwykłymi przyjaciółmi. Nazywali się Fan Yan i Pin Szy. Fan i Pin spędzali całe dnie wyłącznie we własnym towarzystwie i choć zazwyczaj nie mieli sobie nic do powiedzenia, nigdy się nie nudzili. Nie bili się ani nie kłócili, jak to bywa wśród dzieci. Łączyła ich niezwykle silna więź przyjaźni i tajemnicze, bezsłowne porozumienie. Było tak, ponieważ mieli oni wspólną fascynację - motyle. Potrafili od świtu do zmierzchu biegać za nimi po łąkach lub leżeć na trawie i z podziwem przyglądać się ich pełnym wdzięku, powietrznym pląsom. Nie peszyły ich drwiące uśmiechy wieśniaków, złośliwe żarty rówieśników czy narzekania rodziców na to, że los pokarał ich dziećmi niespełna rozumu. Bez wątpienia byli to najlepsi przyjaciele na świecie. Jednak nie zawsze tak było...
Pewnego razu chłopcu zwanemu Pin wpadł do głowy pomysł, by zrobić siatkę na motyle i złapać kilka z nich dla siebie. Bardzo ucieszyła go ta myśl, więc natychmiast podzielił się nią ze swoim przyjacielem. Fan uznał ten pomysł za niemądry, co sprawiło, że chłopcy po raz pierwszy się poróżnili. Od tego dnia unikali się nawzajem, gdyż żaden z nich nie chciał przyznać racji drugiemu. Pin, tak jak to sobie wymyślił, zrobił siatkę i z dnia na dzień powiększał swoją kolekcję. Nie cieszyły go teraz motyle, które latały po łące. Radowały go tylko te, które sam złapał. Fan również nie potrafił cieszyć się widokiem latających motyli, tak jak dawniej. Często siadywał nad jeziorem i godzinami wpatrywał się w jego niewzruszoną taflę. Siedząc tam bez ruchu, niemal bez życia, myślał o przyjacielu, który w tym czasie beztrosko łapał motyle.
Któregoś dnia jego zatopione w wodnej toni spojrzenie nagle rozjaśniło się. Zrozumiał, co powinien zrobić. Niebawem wybrał się z wizytą do przyjaciela. Pin, widząc go u progu swego domu, ucieszył się bardzo, zapominając o sporze, który ich rozdzielił. Był szczęśliwy, ponieważ znów byli razem, lecz także, gdyż nareszcie mógł pokazać przyjacielowi swą kolekcję.
- To jest motyl yuan ben de - mówił, nie posiadając się z radości Pin, wskazując palcem na jednego z przyszpilonych do maty różnobarwnych motyli - a ten to ge ren de - dumny ze swojej kolekcji kontynuował pokaz.
Fan nie podzielał jego gorączkowej radości. Znał swego przyjaciela tak dobrze, jak siebie samego, dlatego od razu zauważył, że radość Pina miała inną barwę. Jego oczy zmieniły swój łagodny wyraz na zimny i twardy, były teraz pochmurne, nieprzeniknione... On sam zaś zachowywał się inaczej niż dawniej. Lecz Pin zdawał się nic nie wiedzieć o zmianach, które w nim samym zaszły. Fan mimo tego, że przyjaciel tak przedtem mu bliski, wydawał się teraz kimś obcym, postępował według własnego pomysłu.
- Widzę twój palec i widzę wpięte w matę szpilki, ale nie widzę tu żadnego motyla - odrzekł spokojnie.
- To jest motyl! - Odpowiedział rozbawiony Pin - I to jest motyl, i to też ... Jak to możliwe, że ich nie widzisz?
- A więc to są motyle? - Spytał Fan - Jeśli tak, to pokaż mi jak te motyle latają.
Słowa Fan Yana zdumiały Pina. Zakłopotany odparł, że jego prośba nie ma sensu, gdyż te motyle nie mogą latać, i że... Lecz Fan nie wysłuchał do końca odpowiedzi przyjaciela. W milczeniu wyszedł z jego domu. Pina w chwili, gdy patrzył na odchodzącego chłopca, ogarnęło przeszywające chłodem uczucie wewnętrznej pustki i zagubienia.
Znów nastały dni rozłąki dwojga przyjaciół. Lecz teraz Pin nie zajmował się motylami, gdyż nie cieszyły go już żadne z nich - ani te wolne, ani te złapane. Zastanawiał się nad dziwnymi słowami przyjaciela. Czynił to nieustannie. Dniem i nocą, czuwając i śniąc, tkwił zanurzony w swych rozmyślaniach, tak jakby od zrozumienia treści tych słów zależało jego życie. Ich przyjaźń bowiem dla każdego z nich była cenniejsza od własnego życia.
W końcu, pewnego dnia Pin zrozumiał to, co chciał przekazać mu Fan, a miał przy tym uczucie, jakby zbudził się ze snu. Delikatnie odpiął od maty złapane przez siebie motyle, po czym roznieciwszy nieopodal swego domu niewielkie ognisko, ułożył je na ramionach płomieni. Nie zwlekając, poszedł nad jezioro. Fan czekał na niego, lecz o nic nie pytał, gdy Pin przyszedł. Chłopcy spojrzeli w swoje przejrzyste i błyszczące niczym niebo pełne gwiazd oczy, roześmiali się i tak jak dawniej, bez słowa, pobiegli na łąkę, by podziwiać motyle.

Var. I
No proszę, pan literat całkiem zgrabnie to sobie ułożył! Nie potrafię oprzeć się pragnieniu skomentowania tego opowiadania - jak się okazało - stylizowanego na chińską baśń. Jest to zadanie dość ryzykowne, można ją bowiem wytłumaczyć jako opowieść ekologiczną o jednoznaczącej wymowie - nie zabijaj! Raczej wątpię, by dla tak prostego morału ją napisano. Można też odczytać jako niezrozumiałą historyjkę tzw. oświecenia, jakich pełne są książki o buddyźmie zen, i z uśmiechem odłożyć opowiadanie na półkę między bajki. Mój bohater chyba by się z tego nie ucieszył.

Var. II
Ja wyłożę domniemane zamiary pisarza po swojemu. Według mnie chciał on pokazać w swej impresji dwa sposoby myślenia. Pierwszy sposób to myślenie: dziecięce, spontaniczne, bezinteresowne, irracjonalne, naukowo zwane: prostomyślne. Drugi rodzaj to myślenie ludzi dorosłych, celowe, ukierunkowane, racjonalne, logiczne, dyskursywne. Mówiąc inaczej: pierwszy to myślenie wyrażające się "tu i teraz" w formie wibracji; twórcze na sposób artystyczny, zmysłowy; myślenie całą swą istotą i zgodne z nią. Drugi z kolei opiera się na użyciu abstrakcyjnych pojęć; twórczy na sposób intelektualny; myślenie samym intelektem, oderwane od reszty istoty "ja", a niekiedy skłócone z nią. Pierwszy sposób myślenia - ten dziecięcy, zmysłowy - przedstawili ci dwaj chłopcy, drugi zaś - logiczny, intelektualny - na ogół prezentują ludzie dorośli, których twórca umieścił w tle baśni, w roli wieśniaków. Jednak to nie wszystko! Opisując przygodę jaka spotkała chłopców, pisarz pokazał znacznie więcej. Na przykład to, że myśleć intelektualnie można w dwojaki sposób: tak jak Pin, gdy pragnął posiadać motyle i tak jak Fan,gdy wymyślał tą tajemniczą, irracjonalną zagadkę bądź gdy Pin ją rozwiązywał...

No i co z tego?! - spytasz zniecierpliwiony Czytelniku. Otóż to, że znaczenie treści słów czy myśli jest znacznie przeceniane, szczególnie przez reprezentantów różnych religii i filozofii. Zdecydowanie ważniejszy od treści myśli jest sposób myślenia. Można powiedzieć, że wręcz "tworzy" lub "posiada" on samego myślącego, ponieważ potrafi sugerować mu treść myśli i ma wpływ na zachowanie się i odczucia człowieka. Proces ten jest dla niego zazwyczaj zupełnie nieświadomy. Tak więc myślący - a jest nim każdy z nas - waha się między jedną i drugą odmianą myślenia a wobec tego często bezwolnie i przypadkowo zmienia się, nieuświadamiając sobie tego pomimo, że na zewnątrz zmienia się jego zachowanie, a wewnątrz - odczucia. W rzeczywistości proces tych przemian nie jest tak wyraźny i dynamiczny jak w opowiadaniu o dzieciach, ponieważ im człowiek jest psychicznie i intelektualnie starszy, tym trudniej i wolniej mu się poddaje.

Var. III
Pomimo tego że - jak mówiłem - ważniejszy od treści jest sposób myślenia interesuje mnie to, co przyszło Ci na myśl podczas czytania tego tekstu. Odpowiedź szczerze: czy negatywnie osądziłeś Pina za jego pragnienie posiadania motyli? Często bowiem zdarza się nam obarczać kogoś odpowiedzialnością za to, że jest "taki to a taki". Chociażby, jak łatwo jest osądzać innych za ich pragnienia? Zapewne jesteś, Czytelniku przekonany o tym, że Tobie nie mogło się przydarzyć to, co zdarzyło się temu chłopcu. Uważasz, że zawsze i w każdej sytuacji obiektywnie oceniasz siebie i panujesz nad sobą, ale czy jest tak rzeczywiście? Czy czasem nie odgrywasz tylko roli jednego z członków zdroworozsądkowego spoleczeństwa - ludzi wzajemnie utwierdzających się w błędnym przekonaniu o własnej woli?

W naszej cywilizacji byt społeczności oparty jest na nigdzie nie zapisanej umowie mówiącej o tym, że każdy odpowiada za swoje myśli i czyny, co sugeruje każdemu mniemanie, że posiada on pełną kontrolę nad sobą i że w pełni zna i rozumie samego siebie, gdy tylko przestaje być dzieckiem. Społeczeństwo, a ściślej mówiąc ta jego część u której z powodzeniem zakorzenił się drugi, racjonalny typ myślenia, dla własnego spokoju i bezpieczeństwa narzuca w ten sposób na każdego z nas pewien ciężar odpowiedzialności za samego siebie. Ludzi, którzy nie potrafią podporządkować się tej niepisanej umowie, którzy z jakiś przyczyn nie mogą podołać temu ciężarowi uważa się za niepoczytalnych lub chorych psychicznie i "leczy" lub izoluje. Jednak zdecydowana większość ludzi bierze odpowiedzialność za siebie, koncentrując swą uwagę na stosunkach międzyludzkich, żyjąc i myśląc według powszechnie ugruntowanych schematów. To, że umowa ta jest ogólnie przyjęta bynajmniej nie zmienia faktu, że jest ona fikcją; fikcją stworzoną przez tą dominującą grupę społeczeństwa, dla tzw. dobra ogółu, wbrew rzeczywistości i wbrew jednostce. Zdroworozsądkowa społeczność we własnym interesie sugeruje każdej jednostce niezgodne z prawdą wyobrażenie jej samej, co zmusza ją do ograniczenia swej wewnętrznej egzystencji do niezbędnego minimum. Za to nieprawdziwe spostrzeganie samego siebie odpowiedzialna jest także natura języka jakim członkowie społeczności si osługują.

Jakkolwiekby tłumaczyć jej przyczyny istniejąca sytuacja szkodzi wszystkim tym, którzy posiadają bogatą wewnętrzną egzystencję (a wobec tego m.in. wszystkim dzieciom), ponieważ skazuje ich na zubożenie osobowości lub negatywną samoocenę i walkę z samym sobą. W opowieści Pin tylko dzięki przyjaźni z Faniem, który był chłopcem bardziej doświadczonym od niego, ocalił swą prostomyślność. Gdyby nie ta niezwykle silna więź zapewne pozostałby przy intelektualnym myśleniu w które nieświadomie popadł. Możemy przypuszczać, że z czasem upodobniłby się do swych rodziców i reszty zdroworozsądkowej społeczności. Nasza cywilizacja preferuje - tą umową a także na ogół bezuczuciowym wychowaniem, przeintelektualizowaną edukacją, panującym systemem społecznym, systemami religijnymi itp. - ten właśnie zdroworozsądkowy model życia. Alternatywny model egzystencji, opierający się na zmysłowym myśleniu, preferuje głównie wychowanie w autentycznej rodzinnej miłości i sztuka.

Var. IV
W rzeczywistości nie łatwo jest spotkać prezentowane tu zupełnie skrajne formy tych dwóch typów myślenia, stąd ta niezwykła, baśniowa inscenizacja w której występują dzieci - aktorzy mający dar wcielania się bez reszty w kreowaną przez siebie postać. Według potocznych kryteriów można je uznać za opóźnione w rozwoju lub wręcz szalone , nieprzystosowane do życia. Czyż jednak zwierzęta - choćby te motyle - nie są tak samo szalone? Z drugiej zaś strony, spoglądając dziecięcymi oczami na ludzi pochłoniętych swym racjonalnym, zewnętrznym bytem czyż nie zobaczymy, że są oni także, na swój sposób, obłąkani?

Pisarz zwraca uwagę na stosunek do chłopców ich otoczenia polegający na braku zrozumienia i lekceważeniu. Osobiste angażowanie się w obronie tej dziecięcej naiwności sprawia wrażenie dysonansu. Tą nieświadomie nadaną opowiadaniu kafkowską wymowę... Zaraz, zaraz... ale to jest moja opinia! Skąd mogę wiedzieć jakie były intencje twórcy baśni? Być może z pełnym rozmysłem zrezygnował z obiektywizmu i opowiedział się po stronie prostomyślności ? Niestety w ten sposób nasz prozaik mógł zasugerować błędne mniemanie, jakoby jeden sposób myślenia był tym właściwym, a drugi - złym. Trzeba więc koniecznie podkreślić, że rodzimy się absolutnie prostomyślni i w dzieciństwie ten rodzaj myślenia przeważa. Z wiekiem dopiero nabywamy umiejętności intelektualnego myślenia. W rezultacie normalnie egzystujący, dorosły człowiek powinien, w zależności od potrzeb chwili, z równą łatwością posługiwać się racjonalną, jak i irracjonalną odmianą myślenia.

Var. V
Przypuszczam, że w tej poetycznej opowieści zawarte są także inne treści, które trudno jest mi zinterpretować np: w tytule i w tym dziwnym dialogu wydaje się być ukryta jakaś koncepcja. Czyżby mój bohater - pisarz - okazał się lepszym twórcą ode mnie - autora, który bądź co bądź go wymyślił? A może autor ma zaufanie dla inteligencji i dociekliwości Czytelnika? Może tymi niedorzecznymi fantazjami z pisarzem i jego autorem, dość nieudolnie próbuje pokazać Czytelnikowi, że po to by pozwolić sobie poznać samego siebie trzeba nauczyć się w podobny sposób wątpić we własne myśli i czyny? Zapewne więc autor żywi nadzieję, że tym razem wpływ słów nie ograniczy się tylko do wyobrażeń, ale by tak się stało Czytelnik sam musi zrobić krok - krok do wewnątrz siebie. Do owych wyobrażeń stworzonych przez impresję musi znaleźć odpowiadające im wspomnienia swych własnych doświadczeń i związanych z nimi odczuć. Całkiem możliwe jest, że Czytelnik był kiedyś dzieckiem-mędrcem, innym razem był bezwolnie pochłonięty przez jakąś swą myśl i może był też kiedyś zagubiony i samotny, oszukany przez samego siebie, podobnie jak Pin.

Mam nadzieję, że mój Czytelnik - a może urocza Czytelniczka?! - już choć troszkę uświadamia sobie, że bynajmniej nie jest zawsze tą samą, niezmienną istotą, którą lekceważąco, każdego dnia nazywa: "ja". Każdy jest raczej zjawiskiem - niestałym i nieskończenie złożonym - którego nie można obiektywnie zbadać i określić. Cywilizacja nasza (dzięki wynalazkowi słowa - wyobrażenia rzeczy realnie istniejącej - a następnie poprzez stworzenie różnych form wiedzy, tzw. nauk) daje nam dość prawdziwy, zobiektywizowany obraz zewnętrznej egzystencji wszelkich istnień. Jednak rzeczą równie istotną co zewnętrzna rzeczywistość jest świat wewnętrzny, którego jeden z przejawów - nasz własny - mamy okazję subiektywnie poznać. Niestety ta pierwsza, obiektywna wiedza skutecznie sugeruje nam to, że istnieje tylko jedna, zewnętrzna strona rzeczywistości, której każdy jest mniej lub bardziej znaczącą cząstką. Tymczasem naprawdę każdy z nas znajduje się w centrum wszechświata, a dokładniej mówiąc na krawędzi świata zewnętrznego i wewnętrznego. Ta druga strona - wnętrze każdego z nas - jest przestrzenią w której nasza świadomość, nawykła do szybkiego i jednoznacznego myślenia, nie najlepiej sobie radzi. Na początku podróży po krainie wrażeń i uczuć, instynktów i intuicji jesteśmy nieporadni jak niemowlęta a słowa, które normalnie przychodzą nam z taką łatwością, są tutaj uporczywą przeszkodą. Prawdy o nas samych musimy szukać na drodze mglistych spostrzeżeń, wieloznacznych wniosków, skojarzeń z zacierającymi się już wspomnieniami często tymi bolesnymi, których wspomninać wcale nie pragniemy. Podczas tych poszukiwań na niewiele zda się znajomość świętych i filozoficznych ksiąg Zachodu i Wschodu. To podróż po bezdrożach zupełnie innego świata, w którym nasza wolna wola raptem kurczy się do skupienia uwagi i milczenia.

Var. VI
Otóż właśnie, milczenie... Czemu tak się rozgadałem? Czego właściwie oczekuję od Ciebie, Ćzytelnku? Chcę Ci coś powiedzieć i chcę żebyś zrozumiał - moje intencje są jasne, ale czy można w ten sposób cokolwiek zrozumieć? Zrozumieć - w prawdziwym tego słowa znaczeniu, dogłębnie... Nie! Zrozumieć można tylko przez własne myślenie. Dojść do celu można tylko, gdy samemu stąpa się po drodze. Znaleźć można jedynie wtedy, gdy samemu się (świadomie lub nieświadomie) poszukuje. Ale czy ty, Przyjacielu masz czas i cierpliwość by szukać? Dajmy na to, by odszukiwać w pamięci jakieś wyblakłe obrazy lub obserwować siebie... własne odczucia? Dawno przestałem się łudzić. Dobrze wiem, że niewielu ludzi ma okazję i potrafi podjąć się koniecznego tu poświęcenia - zwątpić w samego siebie. Nie pozwalają nam na to role jakie gramy w zewnętrznym życiu, bowiem duża część naszych stosunków z innymi ludźmi oparta jest na zasadzie autorytatywnej władzy (rodzic - dziecko, nauczyciel - uczeń, pracodawca - pracownik itp.). Niestety, o wiele łatwiej jest stronniczo sprawować władzę, niż nieustannie starać się o to, by być obiektywnym w równoprawnym, przyjacielskim stosunku. Człowiek grający rolę autorytetu nie może w siebie wątpić, bo utraci swój prestiż. Z drugiej strony człowiek żyjący lub wychowany pod presją czyjejś władczej osobowości, który zaaprobował swą bezsilność wobec niej, albo posiada słaby, złamany lub wypaczony charakter, albo sam (świadomie lub nie) dąży do tego, by zająć uprzywilejowaną pozycję. Także przynależność do grupy (społecznej, kulturowej religijnej lub choćby rodziny) utwierdza nas w błędnym, potocznym rozumieniu siebie. Czytając baśń odnosimy wrażenie, że Fan i Pin żyli w innym, odosobnionym, intymnym - jak powiedziałby Stendhal egotycznym świecie. W rzeczywistości w jakiej nam przyszło zaistnieć wydaje się, że pełnia dziecięcej, wewnętrznej głębi może zostać ocalona tylko za sprawą chorobliwej lękliwości lub wrażliwości duszy szczególnie tragicznie doświadczonej przez los. Przykro to przyznać, ale tak naprawdę szukają tylko ci, którzy robią to nie z kaprysu, ale z wewnętrznej konieczności. Na nic im moja zachęta, ponieważ są oni ze swej natury chorzy na introspekcję.

Var. VII
Inni natomiast... Och, jestem okropny! Miałem zamiar strofować wszystkich pozostałych; a przecież jeśli ktoś robi błąd, jeśli robi go tylko na własny rachunek i potrafi wyciągnąć z tego dla siebie naukę, to niepotrzebne mu żadne dobre rady, żaden nauczyciel - chyba że tak subtelny jak Fan. Niestety często ci, którzy uważają się za mądrych (np. rodzice wobec dziecka) wskazują błąd temu, który go właśnie popełnia, zanim on sam może go dostrzec i zrozumieć. Nie doceniamy siebie i innych - drzemiących wewnątrz nas zdolności. Przeceniamy zaś nasze umiejętności, służące do czerpania zewnętrznych korzyści - co także, chcąc nie chcąc pokazał nam Piń. Tylko że dla większości ludzi ta lunatyczna gonitwa trwa znacznie dłużej. Na trasie tego długodystansowego biegu nie są sami - jak Piń. Na nieszczęście są otoczeni sobie podobnymi biegaczami. Rozpychają się wzajemnie, przewracają i deptają innych, są brutalni nawet dla swoich bliskich, którzy najczęściej bezwolnie podążają za nimi - przykry to widok. Nie pomyśl, że ich oskarżam. Jakże mógłbym winić kogoś za to, że uległ negatywnym wpływom sposobu myślenia, którego sobie nie wybierał? Jeśli wydawać oskarżający wyrok, to tylko dla wciąż niedoskonałej cywilizacji, która taki stan rzeczy uznaje za normalny. Ludzie zaś zazwyczaj nie mają okazji, by zatrzymać się, spojrzeć w głąb siebie i obudzić się - tak jak Pin. Co prawda żyją, ale nie potrafią po prostu być - patrzą a nie widzą, słuchają lecz nie słyszą... Gdzieś pomiędzy ich zmysłami, a nimi samymi, obrazy rzeczy realnie istniejących zamieniają się w wyobrażenia. Jest to wygodne, powszechne, robione automatycznie, nieświadomie. Zamyka to ich w zimnej i mrocznej krainie intelektualnych symboli, każe utożsamiać się z jednym z nich, nie pozwala na odczuwanie bezinteresownego piękna - oryginalności każdego bytu.

Ciekawe jak Ty mnie widzisz? Kim ja dla Ciebie jestem? Pisarzem? To tylko symbol - etykieta przyklejana indywidualnej istocie. Proszę, nie próbuj mnie przyszpilić do swojej maty! Jeśli myślisz, że jestem tym, który zapisuje teraz te słowa jesteś bliżej prawdy, lecz ciągle tkwisz w błędzie. Nie jestem kimś. Jestem raczej czymś... czymś co, w tej akurat chwili, tylko skryło się za tym kto - według Ciebie - jest mną, a z którego usług gościnnie korzystam. Obawiam się, że nie bardzo potrafisz nas rozróżnić i nie dziwi mnie to. Nie da się ukryć, że on i ja jesteśmy sobie bliscy; rzec można: rodzina, bracia. Może nawet wydawać Ci się, że jesteśmy jednością, bo teraz zgodnie, po przyjacielsku, współpracujemy ze sobą, ale nie zawsze tak było i pewnie nie zawsze tak będzie...

Och, zapomniałem o tym.że Ty wciąż myślisz logicznie! Przez te psychologiczno - językowe fantazje na temat własnej tożsamości, gotów jesteś uznać mnie za wariata, a wtedy cała praca nad niniejszym tekstem poszłaby na marne. Jestem zmuszony dokonać wyboru: pisać racjonalnie z wiarą w siłę słów i okazać się głupcem o którym wspomniałem na wstępie albo pisać dla własnej przyjemności i być wolnym od złudzeń.

Var. VIII
A mówiąc nieco bardziej poważnie: dostrzegam tu inne niebezpieczeństwo. Obawiam się tego, że Czytelnik przytłoczony nadmiarem nieznanych mu terminów, zmęczony przyglądaniem się tej żonglerce nimi, tym cyrkowym karambolom słownym może pomyśleć, że jest to tekst napisany nie dla niego, lecz dla jakiś fachowców, np. psychologów. Ktoś, kto zna psychologię bez trudu zauważy, że moje pisanie ma niewiele wspólnego z tą odmianą zachodniej nauki, która tak jak inne jej dziedziny patrząc na świat i człowieka przez mikroskop zamiast gołym okiem, dostrzega szczegóły a nie potrafi zobaczyć fundamentów istnienia. Ci z Dalekiego Wschodu - czy to za sprawą swych skośnych oczu, czy przez brak mikroskopów - wzrok mają bardziej skuteczny i zapewne dlatego od dawna wiedzą, że rzeczywistość zbudowana jest z par przeciwieństw wzajemnie się uzupełniających, których zrównoważenie i odpowiednie nasilenie zapewnia bujną i harmonijną egzystencję wszechświata, jak i mikro-wszechświata jakim jest każdy jednostkowy byt. Istnienie kilku z tych par dotyczących życia człowieka, starałem się tu zasygnalizować - zmysłowa i intelektualna odmiana myślenia, wewnętrzna i zewnętrzna strona życia, jaźń i ego, wiedza esencjonalna i egzystencjalna. Z kwaśną miną przychodzi mi wyznać, że daleko nam do ideału. Jak na razie, za sprawą braku zrozumienia natury tych przeciwieństw, ignorujemy jedną stronę, absurdalnie preferując drugą. Czy mam dać tego jakiś znaczący przykład? Spróbuję...

Kultura Zachodnia przeciwstawia religijną wiarę - naukowej wiedzy. W rzeczywistości jedno i drugie stoi po tej samej stronie - stronie wiedzy egzystencjalnej. Gdzie zaś miejsce na wiedzę esencjonalną?! Nadmiar cudzej, ogólnej wiedzy - brak wiedzy własnej - skłania jednostkę do przeintelektualizowania życia, skupienia uwagi na jego zewnętrznej stronie i oparciu swej egzystencji na przecenianych umiejętnościach ego. Objawem tej cywilizacyjnej choroby jest zewętrzny i wewnętrzny chaos wywołujący niepewność, niepokój lub życie w utopijnym świecie symboli bądź, tak często spotykaną, miernotę uczuciową i intelektualną. By nabyć własną wiedzę trzeba zdobyć się na własne myślenie, które wymaga o wiele więcej czasu i zaangażowania niż myślenie potoczne. Tryb życia jaki oferuje nam społeczeństwo nie daje na to żadnych szans. Leczenie tego cywilizacyjnego schorzenia polega więc między innymi na stworzeniu sobie przestrzeni dla własnego, twórczego myślenia; zerwaniu krępujących, psychicznych więzów ze społeczeństwem; uwolnieniu się od podmiotowego wyobrażenia własnego "ja"; pokonaniu negatywnych wpływów ego; odzyskaniu pierwotnego, dziecięcego, intymnego sposobu doświadczenia, a przede wszysktkim na szukaniu, szukaniu samego siebie, szukaniu za cenę nieuniknionych, bo koniecznych błędów, porażek, zwątpień, cierpień... Droga tych poszukiwań musi być spontaniczną, osobistą improwizacją, ponieważ w innym wypadku stanie się jedynie powielaniem jakiegoś schematu, odgrywaniem kolejnej, narzuconej z zewnątrz roli. Skuteczną kuracją jaką mogę polecić będącą uzupełniającym przeciwieństwem do tej indywidualnej drogi, jest praktyka jakiejś formy medytacji (np. wspomnianego uprzednio buddyzmu zen), lecz tylko pod opieką mistrza posiadającego subtelność autorytatywnych wpływów na uczniów a la Fań.

Var. IX
Och, jej! Znowu się zapomniałem. No bo kimże ja jestem, by wypisywać recepty innym? Z pewnością nie dyplomowanym lekarzem! Gdy tak walczę ze słowami, z bezuczuciową racjonalnością, ze zdroworozsądkowym społeczeństwem czy pożerającą piękno pamięcią bardziej podobny jestem do Don Kichota, niż do jakiegoś ogólnie znanego i poważnego autorytetu. A więc znachorem, szarlatanem. Bynajmniej nie cudotwórcą - mam pełną świadomość mej bezsilności oraz bezradności mego Czytelnika. Moja wiedza nie jest doskonałą, a nawet jeśliby kiedyś taką została, w co szczerze wątpię, to cóż z tego? Spełnia tylko drugoplanową rolę - jest strażnikiem mego bezbronnego serca: radości, czułości, tęsknoty, fascynacji, a tych skarbów nikomu słowami nie zdołam przekazać. Wszystko co mogę zrobić to sugerować, inspirować..., ale teraz nie tylko mogę,lecz wręcz muszę kończyć, zanim znów się zapomnę i nawypisuję jeszcze większych głupstw!

Pisząc dla Ciebie bez wątpienia wyszedłem na durnia mającego nadzieję na... Zresztą rzeczywiście mam nadzieję na to, że kiedyś dorośli będą wystarczająco czuli i mądrzy, by być dla swych dzieci tym, kim dla Pina był Fań. Chyba jestem owym rozgorączkowanym głupcem - pisarzem. Co proszę? Że niby mówiłem, iż nie jestem pisarzem? To tylko słowa, Przyjacielu. To jak mnie nazywasz i jak mnie widzisz - to dwie różne sprawy. Pamiętaj: są motyle i motyle. Bądź co bądź trzeba by zatrzeć to negatywne wrażenie co do mojej osoby. Wiem! Skończę ten esej pisząc dla własnej przyjemności - jako ja nie-ja - mimo tego, że przez ten eksperyment językowy pewnie wyjdę na obłąkanego poetę. Hm?! Nigdy nie twierdziłem, że łatwo jest znaleźć złoty środek. Trzeba go stale szukać - znajdując i gubiąc. Może właśnie na tym polega cała zabawa? Bawmy się...

Finale
Chciałbym pożegnać się z Tobą sam, osobiście, ale nie bardzo potrafię. Łatwo, i przez tą łatwość szalenie trudno, jest mi się uwolnić od mego bratniego ja. W każdym bądź razie są ludzie, którzy lepiej ode mnie to potrafią. On wiele umie, wiele się nauczył. Ja nie miałem czasu uczyć się, bowiem dla mnie czas nie istnieje. Nieustannie trwa tylko ten moment - wieczne teraz. Jednak jego umiejętności są niedoskonałe.zaś to co ja robię, gdy on zapomina o mnie, jest idealne. Nie wiem zresztą czy robię ja, bo ja nie chcę, a może chcę, tylko nie wiem o tym, może wiedzieć nie mogę? Dość powiedzieć: nie zamierzam i nie przewiduję co będzie, to samo się tak... Za tym "się" jest... Mniejsza o to, co lub kto - jak ludzie niestety mawiają - ważne, że dzięki temu... będę gdy jego już nie będzie, ale nie myśl, że mnie to cieszy. Zawsze żal jest rozstawać się z kimś, kto jest Ci bliski.

Co do nas to mógłbym Cię pozdrowić wtedy, gdy on i Ty stalibyście ze sobą twarzą w twarz. Nię ja wybrałem swoją twarz, to raczej ona mnie wybrała, a przecież wszystko co mogę innym ofiarować zawdzięczam właśnie jej. Tym jedynym prezentem, na którego rozrzutnie rozdawanie mnie stać, jest uśmiech.