Neo-Commentariolus Strona startowa Sprzedawca snów mistyka w muzyce John Coltrane Po co jest muzyka? Gdyby zadając to pytanie zrobić ankietę, uzyskane odpowiedzi byłyby z pewnością różne. Wielu ludzi odpowiedziałoby, że po prostu muzyka jest po to, by cieszyła uszy słuchaczy. Ci spośród ankietowanych, którzy posiadaliby charaktery bardziej konkretne powiedzieliby, że uprawianie sztuki to normalny zawód, a więc muzycy muzyką zarabiają na chleb. Inni zapytani odrzekłby, że artyści tworzą dla sławy, co zresztą na jedno wychodzi, gdyż próżność mierzyć można tylko jedną miarą - pieniądzem. Wśród ankietowanych prawdopodobnie znalazłaby się osoba, która sama uprawiałaby sztukę. Taka osoba pewnie twierdziłaby, jakoby muzykę mieli tworzyć wielcy muzycy, ażeby inni, mniej utalentowani mogli cieszyć się odtwarzaniem jej.

Żadna z powyższych odpowiedzi mnie nie zadawala. Zastanawiam się jak ja bym odpowiedział? A na gitarze - wyznam nieskromnie - gram od kilkunastu lat. Mimo to nigdy nie miałem publicznego występu. Nigdy też swoich nagrań nie wysłałem do wytwórni płytowej. I chociaż znam pismo nutowe (właściwie to znamy się raczej z widzenia), nigdy nie spisałem moich nielicznych kompozycji, z myślą o publikacji. W końcu, bynajmniej nie mam ambicji stać się najlepszym technicznie, zanim triumfalnie wkroczę na światową scenę. Po co więc u licha ślęczę nad tym pudłem po całych dniach? Po cóż szarpię struny, robiąc sobie na palcach odciski? Jedyna rozsądna odpowiedź, jaka przychodzi mi w tej chwili do głowy to ta, że gram dla siebie.

rozdziela akapity

Otworzę tu nawias, na wypadek gdyby kogoś raził mój egotyzm. Bowiem ktoś może dokonać genialnego odkrycia, że niby jestem miernym grajkiem i - w ten iście perfidny sposób - nadrabiam braki w zaspokajaniu próżności. Nic podobnego. Jest to mój debiut felietonistyczny, toteż chciałbym się nieco przedstawić Czytelnikom tego pisma. Jeżeli to wytłumaczenie brzmi fałszywie, to mam w zanadrzu jeszcze jedno: Piszę o sobie, ponieważ siebie znam najdokładniej. Każdy z nas widzi świat poprzez własną osobę, subiektywnie. Co prawda język, jakim mówimy usiłuje przekonać nas do istnienia jakiejś obiektywnej rzeczywistości, ale czy kto widział kiedy tą obiektywną rzeczywistość? Każdy widzi tylko dzięki swoim oczom. Wbrew powiedzeniu "widzieć coś na własne oczy", nie można zobaczyć czegoś na cudze oczy. A jeśli już się pożycza cudze oczy, to trzeba pozbyć się własnych. Wszelako roztropnie uczynię, jeżeli przerwę te rozwalania z zakresu chirurgii okulistycznej i zamknę nawias.

Wyznam również, chociaż wskutek tego okażę się jeszcze bardziej perfidnym chwalipiętą, że nie tylko muzykuję, ale także piszę. Rzecz jasna widać to, lecz to, co widać jest nieco mylące, bo na ogół piszę opowiadania, a nie felietony. Ktoś, kto nie uprawia sztuk, może myśleć, jakoby pomiędzy twórczością pisarską a muzyczną nie było wielkiej różnicy. Otóż jest taka. Pisanie to czynność intelektualna, ukierunkowana, która najlepiej realizuje się w formie kompozycji. Natomiast muzyka to sztuka zmysłowa, powstająca spontanicznie, wyrażająca uczucia bardziej bezpośrednio i z tych przyczyn najsprawniej realizująca się w formie improwizacji. Mimo to, oczywiście muzykę można traktować konceptualnie, jak i literaturę można tworzyć improwizując strumień świadomości. Jednakże rozważania niniejsze zmuszony jestem ograniczyć do mojego małego świata doznań i upodobań.

rozdziela akapity

Postaram się zsumować powyższą introdukcję. Chcąc znaleźć odpowiedź na pytanie: "po co jest muzyka?", stwierdziłem, że mogę mówić tylko w swoim imieniu. Ja - napisała moja osoba - gram dla siebie. Muzyka zaś jest dla mnie przede wszystkim improwizacją. Improwizacja z kolei jest intymną, bezsłowną rozmową z samym sobą. Uczucia - które według mnie są wibracjami - spływając poprzez ramiona, dłonie i opuszki palców na instrument, w niezwykły sposób zamieniają się w dźwięki, czyli także wibracje. Dźwięki jednak, w odróżnieniu od uczuć, są bytami niezależnymi. Tak w największym skrócie powstaje muzyka. Przejdę teraz do właściwej tonacji, tzn. do tytułowego tematu tego tekstu.

"Improwizacja jazzowa jest indywidualnym wyrazem osobowości improwizującego, jego postawy emocjonalnej i intelektualnej" - pisze krytyk Joachim Ernst Berent w swej świętej księdze jazzu. Jeżeli więc pomiędzy muzyką a poglądami muzyków zachodzi ścisły związek, to warto byłoby przytoczyć kilka wypowiedzi sławnych jazzowych improwizatorów. Nie będzie to trudne, gdyż wielu z nich mówiło lub mówi o tym, że w swych muzyczno-introwertycznych podróżach poznali coś tajemniczego. Głęboko zapadła mi w pamięć myśl wypowiedziana przez gitarzystę Johna McLaughlina: "Chciałbym, aby nasza muzyka pomogła ludziom odkryć ich możliwości, bo w nas wszystkich tkwi więcej, niż nam się wydaje." Moim drogowskazem muzycznym jest taka myśl saksofonisty Johna Coltraine'a: "Nie wiem, czego szukam. Jest to coś, czego nikt przede mną nie grał. Wierzę, że intuicja mi podpowie..."

Ażeby przekonać się o istnieniu bezpośrednich związków muzyków z mistyką, wystarczy sięgnąć do najnowszego numeru "Jazz Forum" (słowa te piszę w październiku 1993 roku). Pod nagłówkiem "religia jazzu" została zamieszczona rozmowa redaktora Krystiana Brodackiego ze sławnym trębaczem Wyntonem Marsalisem. Oto jej fragment:

"J.F.: Ahmad Jamal powiedział kiedyś, że artysta nie jest twórcą, lecz tylko jakby przekaźnikiem, za pośrednictwem którego mówi Bóg.

W.M.: Zgadzam się z Ahmadem. Muzyka przychodzi do nas jakby nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd odchodzi. Louis Armstrong był tym muzykiem, który szczególnie silnie odczuwał działanie takiej boskiej komunikacji. Wielu jazzmanów tego doświadcza. I nie ważne, czy mówimy tu o muzyce nowoczesnej czy starodawnej. Jeżeli coś jest Sztuką - nie starzeje się. Jazz adresowany jest do fundamentów ludzkiej duszy, a te nie zmieniają się nigdy."

Doprawdy, ciekawa to koncepcja muzyki, jak gdyby wiele szersza od mojej, ale szczerze wyznaję: teraz mi się wszystko pomieszało. Jak to...? Co lub kto jest instrumentem? Gitara, saksofon, trąbka czy też gitarzysta, saksofonista lub trębacz? A skoro muzyk jest tylko "przekaźnikiem", to czy może grać dla siebie, jak to wcześniej ustaliłem? Czyżby grał do "fundamentów" własnej "duszy"? Nie potrafię zebrać tego wszystkiego do kupy! Zresztą Wynton Marsalis bądź, co bądź chyba najgłośniejszy współczesny jazzista, sam rozkłada ręce i stwierdza, że "nie wiadomo". Inni muzycy są równie lakoniczni. Bardziej rozmowniejsi od nich są krytycy, ale oni stawiają sobie inne pytania: Co to jest jazz?, Jakie są jego granice? Krytycy nie tworzą muzyki, więc sens jej istnienia nie jest bezpośrednio związany z sensem ich życia.

Hm? Pewnie to, co teraz przyszło mi do głowy jest jakąś koszmarną bzdurą, lecz to jedyne, na co mnie stać. Doszedłem do takiego wniosku: Nie ma żadnego Nadawcy i Adresata. Muzyka nie jest żadnym przekazem, towarem czy darem! Niczemu i nikomu nie służy! Autentyczna sztuka niczego za cel sobie nie stawia, do nikąd nie zmierza (...tak jakbym znał skądś te słowa), Muzyka po prostu - aż wstyd mi to powiedzieć - sama się gra. Głupie, co? No bo co to znaczy "się gra"? Jak coś może dziać się samo przez się i być tak wspaniałym? A jednak - zdaje się - możliwe! Ciekawe czy ten fenomen można jakoś zbadać? Tak bardzo chciałbym rozwiązać zagadkę tego muzycznego perpetuum mobile, które samo przez się gra w ludziach od wieków, albo we wszystkim od zawsze.

Moje szare komórki coś kojarzą, ale jest to fakt z zupełnie innej dziedziny. Otóż przypomniałem sobie pewną książkę. Napisał ją Eugen Herrigel, niemiecki filozof, który w okresie międzywojennym wykładał na Uniwersytecie Tokijskim. Przy tej okazji praktykował japońską medytację: buddyzm zen w kunszcie łucznictwa. Przed powrotem zdał nawet specjalny egzamin i dostał dyplom mistrzowski. Zaś wiele lat później napisał o swoich przygodach książeczkę. Wedle tego, co w niej wyczytałem zadaniem łucznika praktykującego zen jest napięcie łuku, skoncentrowanie uwagi, lecz... nie wypuszczenie strzały! Bo to nie on ma wypuścić strzałę. Nie on ma strzelić. Przeciwnie. Łucznik ma zapomnieć o łuku, strzale i celu. Gdy po długich latach praktyki właśnie to uczyni - co już samo w sobie jest niewiarygodne - wtedy nie on strzeli, a... samo się strzeli! W takim to osobliwym działaniu przejawia się dalekowschodni mistycyzm.

rozdziela akapity

Nie pozostaje mi nic innego ("tonący brzytwy się chwyta") jak uznać słówko "się" za mistyczny, wspólny mianownik muzyki amerykańskiej i japońskiej medytacji. Cytowany fragment rozmowy p. Brodackiego z Wyntonem Marsalisem - wyznam późno, choć lepiej teraz niż wcale - nieco zagrał mi na nerwach, ponieważ nie cierpię słowa "Bóg". To słowo ma naturę podmiotową. Kontakt z Bogiem automatycznie pojmujemy jako kontakt z podmiotem, z jakąś wyższą istotą, która egzystuje poza nami. Nie przypadkiem słowo to piszemy z dużej litery. Niektóre tradycje religijne stworzyły nawet "Pana Boga". W rezultacie myśląc o Bogu pragniemy kontaktu intelektualnego. Po prostu z Bogiem usiłujemy rozmawiać. Modlitwa to monolog - odtwarzany a cappella solo lub chóralnie - skierowany do jakiegoś kosmicznego Ojca, któremu ziemskie dzieci nakazały z anielską cierpliwością wysłuchiwać nieustannych próśb, gróźb, przeklinań i szlochań.

"Się" wydaje się słowem o naturze zgoła innej, budzącym inne skojarzenia i odczucia. Chcę przez to powiedzieć, że nie możemy "rozmawiać z się", ani nie możemy "się rozmawiać", (chociaż czasem - nie przeczę - coś mi się niechcący powie, czego potem srogo żałuję). Kontakt mistyczny określany tym słówkiem jest czynnością, która sama się wykonuje lub ewentualnie, którą się współ-wykonuje.

"Się" jest tak wplątane w indoeuropejską, syntetyczną gramatykę, jak zjawisko, które chcę nim opisać, wplątane jest w nasze życie. Wniosek, jaki z tego można wysnuć brzmi tak: Owo "się" jest siłą, która występuje w nas (zawsze w nas jest?) i przemawia przez nas czynami (czy tylko?), wtedy, kiedy jej na to wydajemy nieświadome przyzwolenie (a może [czy nie za dużo tych wątpliwości?] należy powiedzieć: kiedy jej w tym nie przeszkadzamy?) I cóż wtedy dzieje się? Co się dzieje z łucznikiem nie będę opisywał, albowiem zrobił to już Herrigel. Co się zaś dzieje z muzykiem - pomyślmy.

Każdy miłośnik jazzu wie, że zdarzają się takie improwizacje, kiedy muzyk gra jak zauroczony. Jego gra jest wtedy lekka, tak jakby nie czuł on fizycznego wysiłku i psychicznego ciężaru odpowiedzialności. Rzeczywiście, jak gdyby muzyka sama się grała. Pamiętam na przykład, pewien fragment koncertowej płyty Milesa Davisa, nagranej pod wpływem Jimiego Hendrixa. (Działo się to dawno, dawno temu, wtedy gdy interesował mnie ten drugi, a nie pierwszy). Początkowo fragment ów odebrałem jako irytującą, choć jednocześnie intrygującą kakofonię. Dopiero później, kiedy nauczyłem się słuchać tego jazzgotu, zrozumiałem czy też odczułem to, że każdy dźwięk, ba każdy szmer, brzęk, stuk, krzyk jest tam, gdzie winien być. Wszystko idealnie się wyimprowizowało. (Na domiar złego modalnie). Taki koncert to prawdziwe święto.

Innym przykładem może być trio Jarretta. Tych trzech facetów gra z sobą całą wieczność: Keith Jarrett na fortepianie. Gary... Nie! Nie będę wymieniał ich nazwisk i nazw instrumentów. To mija się z celem, gdyż ci muzycy w czasie gry stapiają się ze swoimi instrumentami w nierozerwalną całość. To już nie są ludzie z ich indywidualnymi imionami, myślami, osobistymi problemami itp. Na scenie lub w studiu własnymi osobami stwarzają oni inną rzeczywistość. Stanowią to, co najlepiej określa znane mistyczne pojęcie: jedność.

Jest jeszcze rzecz, o której nie mogę nie wspomnieć. Otóż wiadoma siła nie tylko przemawia przez muzyków perfekcyjnymi czynami, ale także ma wpływ na nich, na ich osobowość. Jest to problem nieprosty, który wymagałby osobnego artykułu. Chyba nie chciałbym go pisać. Wystarczy bowiem zestawić ze sobą np. Louisa Armstronga (tj. wcieloną uprzejmość) z Milesem Davisem (z wcieloną wściekłością), aby stwierdzić, iż owo muzyczne Bożyszcze nie zsyła na wszystkich swych kapłanów obezwładniającego miłosierdzia i dobroduszności.

rozdziela akapity

Jazz jest muzyką wyjątkową, bądź innymi słowy z niejaką przesadą, nie jest nią w ogóle. Przynajmniej nie tym, co jest grane, lecz tym, jak jest grane. Mimo że ambitny, jest popularny na całym świecie. Jest bowiem uniwersalnym językiem, którym każdy, niezależnie od narodowości i mentalności, może wyrazić każdą zmysłową treść. (Nie mylić z pseudo-uniwersalnymi językami międzynarodowymi, jak np. esperanto czy interlingua, które są zupełnie obce dla Chińczyka lub Indianina). Podobnie jak jazz jest sposobem tworzenia muzyki, tak medytacja jest uniwersalnym sposobem życia, a nie jego treścią, czy wzorcem treści. Jak np. religia. Toteż mistrzowie swingowego grania, pomimo różnic kulturowych, nie różnią się zbytnio od mistrzów medytacji. Jedni i drudzy są młodzieńczymi tytanami pracy, o wrażliwości dziecka i przenikliwości mędrca. Tworzenie, jak i życie, w ich przypadku jest balansowaniem autentycznej jaźni na krawędzi niedoskonałej, choć niezwykle silnej, ludzkiej wolnej woli i perfekcyjnego, choć nie wszechmocnego "się".

To już wszystko, co miałem do powiedzenia. Rad jestem, że uniknąłem wielu związanych z tym tematem niebezpieczeństw. Niczego nie udowodniłem, niczyjego błędu nie zdemaskowałem, nikomu w nic nie kazałem uwierzyć. Gdyby było inaczej, to na pewno za sprawą błędu drukarskiego. Mam nadzieję, że zapisałem ten tekst we właściwej intonacji, gdyż c^est le ton yui fait la chanson. Nie chcę niczego sugerować, ale będzie w porządku, jeśli po tej lekturze sięgniesz po pełną cudownej dramaturgii książeczkę Herrigela "Zen w sztuce łucznictwa". Rzecz jasna, przy odpowiednim synkopowanym akompaniamencie. Jedynie na tym mi zależy: na zaciekawieniu, zainspirowaniu, które popchnie do własnego myślenia albo własnej twórczości. Przy czym bynajmniej nie twierdzę, jakoby jazzem można było zastąpić medytację. Nawet jeśli sztukę zachodnią traktować jako "sztukę, w której niczego sztuką nie dokażesz", to sztuce samej, brak ważnego elementu medytacji - ćwiczeń oddechu. Z drugiej strony medytacja, która nie jest oparta na jakiejś formie twórczości jest - jak na mój gust - niepełna, mało konkretna, nazbyt oddalona od życia. Każdy zainteresowany będzie łaskaw sam wyciągnąć wnioski.

Na koniec pozostało dopełnić formalności: odpowiedzieć na postawione we wstępie pytanie. Odpowiedź ta jest tyleż zastanawiająca, co zabawna. Burzy to ów mit, wedle którego mistyka jest sprawą śmiertelnie poważną. Cóż, życie oprócz swej logicznej strony, posiada stronę drugą - irracjonalną. Znaczenie muzyki w tych rejonach życia ciągle jest ignorowane w przeciwieństwie do znaczenia języków indoeuropejskich w ich dotychczasowej formie. Oczywiście, język jest nieocenionym narzędziem, ponieważ dzięki niemu możemy rozumieć i przekazywać myśli. Lecz wiedza o sprawach irracjonalnych, która nie została poprzedzona osobistym doświadczeniem, jest tylko wiarą. Wiara natomiast z czasem zostaje przetworzona w ideologię, czyli utworzoną z języka broń, którą ludzie toczą walki w obronie swoich złudzeń; złudzeń wywołanych wiarą, złudzeń niebanalnych, bo łagodzących strach przed cierpieniem i śmiercią. Paradoksalnie w walkach tych giną możliwości pokonania strachu. Z nimi giną możliwości mistycznego poznania, które - choć skrajnie intymne - jest przecież realne. O możliwościach artystycznego rozwoju nie wspomnę...

Ale dosyć już tych zdetonowanych, przemądrzałych dyrdymał. Zwieńczę ten utwór, jako że i mnie doskonałość nie jest obca, kadencją doskonałą.

zakończenie