Najkrótkszy tekst z cyklu lingwistycznego Strona startowa Ja i moja
"List do umierającego przyjaciela" Motto

 










 
 

Drogi Przyjacielu

    Zasmucił mnie list, który dostałem od Ciebie. Jak każdy na taką wieść w pierwszym odruchu chciałbym stanowczo zaprzeczyć. Chciałbym napisać, że z pewnością sytuacja nie jest taka zła, że lekarze czynią dziś cuda, że nie powinieneś się poddawać, a będziesz żył jeszcze długie lata. Czy jednak ktokolwiek z nas rzeczywiście by w to uwierzył? Wydaje mi się, że będzie dla Ciebie większą pomocą, gdy napiszę Ci szczerze o tym, czego w ostatnich latach dowiedziałem się o życiu i umieraniu.

    W swoim liście zadajesz mi pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć: jaką wartość miało twoje życie? Tylko Ty możesz to ocenić. Jak sądzisz, co jest dla każdego człowieka największym wyzwaniem: wejście na Mont Everest, zgromadzenie miliona dolarów, a może wynalezienie lekarstwa na raka? Wszystko to są wielkie wyzwania, lecz są to zadania, które stawiamy sami przed sobą i sami się za ich realizację oceniamy według własnej skali wartości. Ja uważam natomiast, że życie wszystkim nam stawia jedno, zawsze to samo pytanie, które większość ludzi ignoruje. "Kim jestem?" - tak można je określić. Jest to takie dziecięce zadziwienie nad sensem własnego życia. "Co ja tu i teraz robię w tej epoce, w tym kraju, w tej rodzinie, w tym ciele, z tym bagażem doświadczeń, z tymi a nie innymi myślami plączącymi się po tej a nie innej głowie? Czemu mnie spotyka ten los, a nie kogoś innego?" Częstokroć gdy dotyka nas cierpienie zadajemy sobie podobne pytania, lecz bardziej konkretne. "Czemu muszę żyć w tym ubogim kraju, a nie za granicą? Czemu moje dziecko urodziło się upośledzone, a dziecko sąsiadów nigdy nawet nie ma przeziębienia? Czemu muszę umrzeć teraz, a nie za trzydzieści lat?" Zazwyczaj jednak zatrzymujemy się na odczuciu, iż los, życie, Bóg, że ktoś lub coś jest wobec nas niesprawiedliwe. Tylko część z nas potrafi rozejrzeć się wokół i dostrzec także cierpienia innych. Nieliczni zaś idąc za owymi pełnymi bólu pytaniami potrafią przejść do najważniejszego pytania: "kim jestem?"

    Odpowiedź na nie jest tak wielkim wyzwaniem, ponieważ nie w tym rzecz, by ją gdzieś przeczytać lub od kogoś mądrego usłyszeć, ale by samemu do niej dojść. Po odpowiedź więc zawsze musimy udać się w głąb samych siebie, a odnalezienie jej może zająć nam lata. Jeśli przychodzi nam ona łatwo to zapewne niezbyt głęboko po nią sięgamy. Zwykle utożsamiamy się z naszą rolą społeczną. Dam Ci przykład. Jakiś polityk mógłby nań odpowiedzieć: "Kocham ten kraj, jestem jego synem, oddałbym w jego obronie swoje życie", a jakaś mniej czy bardziej próżna aktorka: "Uwielbiam gdy na mnie patrzą, gdy mnie oklaskują, bez tego moje życie było by bez wartości." Często tego typu przekonania żywimy, ale tylko do czasu. W spotkaniu ze śmiercią bowiem sprawy zaczynają wyglądać zgoła inaczej. Polityk nie zabierze ze sobą w tę ostatnią drogę swego urzędu, aktorka nie może "odejść" wśród oklasków publiczności. Przygotowując się do śmierci mamy świadomość tego, że wszystkie te więzy łączące nas ze światem ulegną zerwaniu. Co zatem pozostanie? Właśnie. Tylko to, czym jesteśmy naprawdę.

    Nikt nas nie przygotowuje na nadejście śmierci. Jest to wielki błąd naszej kultury, tych czasów. W wielu innych tradycjach takie przygotowania są i mają różne formy. Tradycyjni Japończycy piszą krótkie wiersze wyrażające sens życia, Indianie śpiewają specjalną pieśń, hindusi mają w zwyczaju przywoływać jedno z imion Boga, a Tybetańczycy stworzyli całą naukę dotyczącą umierania. Nasza kultura potrafi jedynie zapełniać elektroniczne ekrany (a przecież i tym samym nasze umysły) ścielącymi się trupami czy to w filmach, czy w grach komputerowych. Zupełnie tak, jakby można było zamiast przygotować się na własną śmierć, uodpornić się na nią. Ludzie najczęściej umierają w poczuciu, że to po prostu koniec. Sam wiesz jak to wygląda. Na szczęście pojawiają się już książki, które nie tkwiąc w ramach jakiejś kultury czy religii zapełniają tę lukę - zapiszę Ci te lektury. Rozumiem jednak, że czas może Cię gonić i brak Ci już sił na szukanie książek. Chciałbym więc spróbować zabrać Cię na krótką podróż świadomości. Jeszcze tego nigdy nie robiłem. Wybacz, że na Tobie będę eksperymentował. Nie gwarantuję żadnego rezultatu.

    Leżysz pewnie w łóżku. Jeśli nie to połóż się lub usiądź wygodnie. Dobrze byłoby, gdyby przez tę chwilę nikt Ci nie przeszkadzał, nic nie rozpraszało uwagi, żaden ból, żaden zamęt. Gdy tak leżysz - spokojny, wypoczęty, z jasnym umysłem - weź kilka głębokich oddechów. Poczuj się dobrze w swoim ciele. Spójrz na nie. Spójrz na swoje ręce, na inne części ciała. Wyobraź sobie, że to ciało jest tylko twoją powłoką, twoją koszulą, którą ubrałeś i którą możesz zdjąć. Poczuj to przez chwilę. Nie śpiesz się. Teraz skup uwagę na swoich myślach. Pojawiają się w umyśle i znikają niezależnie od tego czy tego chcesz czy nie. To są twoje myśli. One nie są "tobą" - są tylko "twoje". Poczuj to! Teraz spójrz na swoją przeszłość, we wszystko to, co przeżyłeś dotąd. Powiedz sobie: "to było moje życie, ale to nie jestem ja".

    Wszystko to wydaje Ci się bliskie: twoje ciało, myśli, wspomnienia, uczucia, twój charakter... Spójrz na te wszystkie własne powłoki tak, jakbyś obierał cebulę z kolejnych warstw. Twoje myśli mogą ci się wydać bliższe od twojego charakteru, bo przyjaciele znają twój charakter, a twoje myśli są tylko tobie znane. Jednakże i myśli są tylko powłoką, są jedną z warstw czegoś, co można nazwać Twoją Osobą.  
 
 












 

    Teraz wyobraź sobie, że się spotykamy. Wymieniamy zwyczajowe "dzień dobry", podajemy sobie ręce i rozpoczynamy najzwyklejszą pogawędkę.
- Jak się ma dzisiaj twoje ciało? - pytam.
- Moje ciało czuje się dziś dobrze - odpowiadasz zupełnie naturalnie.
- Co dzisiaj twoja osoba zamierza robić? - pytam.
- Moja chce poczytać tę przygodową powieść - mówisz wskazując na książkę - Mój umysł lubi czytać książki przygodowe. A twoja osoba jakie ma teraz plany?
- Moja idzie na zakupy - odpowiadam.
- No to do zobaczenia - mówimy sobie. - Do zobaczenia!

    Rozmawialiśmy o prozaicznych, nieistotnych sprawach, lecz w niezwykły sposób. Z naszych wypowiedzi ulotniły się gdzieś zaimki "ja" i "ty". I rzeczywiście nasze ciała widziały się i dotykały, nasze umysły wymieniały myśli, a gdzieś w środku, w ukryciu pod tymi warstwami byliśmy my sami. Gdzie? To znów to samo pytanie: "Kim jestem?" - na które sam sobie musisz znaleźć odpowiedź. Na tym kończy się podróż świadomości, w którą próbowałem Cię zabrać, Przyjacielu. Tylko tyle mogłem dla ciebie zrobić. Być może uznasz to za nieudany eksperyment, za głupkowate udziwnienie, które niczego nie zmienia. Według mnie jednak to ma sens. Wyznam Ci nawet, iż gorąco wierzę w to, że taki sposób rozmawiania jest o wiele prawdziwszy od tego w którym zwykle toczymy między sobą rozmowy. Faktycznie jednak nie łatwo to pojąć zważywszy, że nie chodzi tu tylko o zaakceptowanie jakiejś nowej idei, ale o przemianę naszego osobistego sposobu widzenia i rozumienia.

    Żyjemy w przekonaniu, że świat jest niesamowicie skomplikowany, wręcz bezładnie pomieszany. Całe życie szarpiemy się ze sobą samym nie rozumiejąc siebie, bo tak czynią też inni. Być może nawet życie większości nas ogranicza się tylko do otoczek, do zewnętrznych powłok, a nasze wrodzone głębie pozostają uśpione. Nie jesteśmy tymi ciałami, nie jesteśmy swoimi myślami, a w potocznej mowie każdego dnia tak twierdzimy. Ciągle zupełnie nieświadomie utwierdzamy się wzajemnie w błędnym pojmowaniu siebie i innych. Czemu? Ponieważ tak skonstruowany jest język, którym mówimy. Nie mamy wyboru. W dzieciństwie ucząc się mówić jednocześnie uczymy się myśleć. Przyjmujemy taką koncepcję na świat, jaką w swojej uporczywości kształtuje w nas język. Język zaś obchodzi się z nami w bardzo logiczny sposób. Wszystkich nas sprawnie ustawia: tam jesteś Ty, tu jestem Ja. Rzecz w tym jednak, że ta nasza wewnętrzna rzeczywistość wcale nie jest taka logiczna i prosta. Jest z nas przebogata, irracjonalna głębia, którą język zupełnie spłaszcza. Powstanie każdej religii i psychologii było kolejną próbą odbudowania w nas tego, co zniszczył język.

    Język - największy twór człowieka, najbardziej skomplikowane jego narzędzie - jest kwintesencją człowieczeństwa. Język jako mowa potoczna należy do rzeczy tak dla nas absolutnie oczywistych jak oddychanie. W tym fakcie tkwi trudność. Nie podejrzewamy bowiem, że postęp może nastąpić w taki sposób: poprzez stworzenie oświeconej, przebudzonej nauki o języku i praktycznym jej zastosowaniu. Zastanawiam się jakimi bylibyśmy ludźmi, jaką stworzylibyśmy cywilizację, gdyby języki jakimi mówimy pozwalały nam na odczuwanie wewnętrznego dystansu i zachęcały nas do codziennego poszukiwania własnej tożsamości. Być może bylibyśmy mniej rozmowni i towarzyscy, ale za to bardziej dziecięcy, a zarazem bardziej uduchowieni. Być może cywilizacja taka byłaby mniej rozwojowa, ale za to też niej konfliktowa.

    Pewnie myślisz, że to czcze gadanie. Ależ nie! Żył już człowiek, który mówił zmienionym językiem. Zamiast "ja, ty, on" mówił "moja, twoja, jego". Twierdził, że wszystkie stworzenia różnią się tylko "koszulą", a w głębi są takie same. Wszystko czuje. Wszystko myśli - zwierzęta, ogień, chmury. Wszystko ma swój charakter - nawet drzewo czy kamień. On widział... Przepraszam. Raczej należy rzec: Jego widziała świat innymi oczami!

    To był Dersu, Dersu Uzała. Po tym myśliwym z kraju ussuryjskiego pozostały dwie książki napisane przez rosyjskiego podróżnika i przyrodnika Władimira Arsenjewa oraz film japońskiego reżysera i wybitnego humanisty Akiry Kurosawy. Warto poprzez te dzieła poznać tego Oryginała. Warto wzruszyć się historią przyjaźni Arsenjewa z Dersu. Dla mnie spotkanie z nim było nadzwyczaj ważne. Skłoniło mnie ono do duchowych i językowych poszukiwań. Dotarłem do teorii relatywizmu językowego, dzięki czemu lepiej zrozumiałem przesłanie Uzały.

    Listę pożytecznych lektur dla siebie znajdziesz w jednej z najbardziej wartościowych książek, jakie czytałem - Stephena Levina "Kto umiera?". Ten tytuł to znów to samo pytanie: "Kim jestem?" Nie jest to zresztą myśl zbyt oryginalna. Tak oto o niej pisze Anthony de Mello w swym dziele "Przebudzenie": "Wielcy mistrzowie powiadają, że najważniejsze pytanie na świecie brzmi: Kim jestem? Albo inaczej: Czym jest 'ja'? Czym jest to, co nazywam 'ja'? Czym jest to, co nazywam sobą? Pojąłeś, czym jest świat, a nie zrozumiałeś tego, kim jesteś. Rozumiesz astronomię, wiesz, co to czarne dziury i kwazary, znasz informatykę, a nie wiesz, kim jesteś. No tak, wciąż jesteś pogrążony w śpiączce. Jesteś śpiącym naukowcem. Mówisz, że wiesz, kim jest Jezus Chrystus, a nie wiesz, kim ty jesteś! Skąd wiesz, że zrozumiałeś Jezusa Chrystusa? Kim jest ta osoba, która twierdzi, że wszystko to pojęła? Spróbujmy wpierw na to pytanie odpowiedzieć. Czyż taka odpowiedź nie jest fundamentem wszystkiego?"

    Mam nadzieję, że zasiałem w Tobie ziarnko zwątpienia w codziennie wypowiadane przez Ciebie "ja", a może nawet zainspirowałem Cię do odważnego zajrzenia w głąb siebie. Nie czas, by litować się nad sobą czy samego siebie oszukiwać. Cierpienie, które wszystkich nas dotyka ma swój cel i w jego poszukiwaniu powinniśmy podążać póki życia starcza. Lecz nawet śmierć nie oznacza końca. Umierając jedynie zdejmujemy zniszczoną koszulę, by nago stanąć w świetle Prawdy.

    podpis