Sprzedawca snów Strona startowa Jak latają martwe motyle? Zaraz też nakłonił swoich uczniów, aby weszli do łodzi i popłyneli przed Nim (...). O czwartej straży nocnej przyszedł do nich po morzu. Uczniowie zaś, ujrzawszy Go idącego po falach morskich, przestraszyli się, sądząc, że to zjawa, i krzykneli ze strachu. A Jezus zaraz przemówił do nich:
     - Odwagi, to ja, nie bójcie się!
Piotr zaś Mu odpowiedział:
     - Jeśli to Ty, Panie, każ mi przyjść do siebie po wodzie.
On zaś powiedział:
     - Chodź!
A Piotr wyszedł z łodzi i szedł po wodzie. I przyszedł do Jezusa.
Ale widząc gwałtowną wichurę przestraszył się i zaczął tonąć. I krzyknął:
     - Panie, ratuj mnie!
A Jezus zaraz wyciągnąwszy rękę pochwycił go. I mówi mu:
     - Słabej wiary, czemuś zwątpił?
(Mt14,22-31)

twoja przegladarka nie obsluguje javy

 

0.      Jeśli poważnie traktujemy jezusowe wezwanie do naśladowania Go, stawiamy przed sobą szalenie trudne zadanie. Jest nim jezusowa wiara. Wiara natychmiastowo uzdrawiająca, wiara pozwalająca chodzić po wodzie, wiara przenosząca góry. Swoim współczesnym Jezus często wypominał słabą wiarę. Gdyby cieleśnie żył wśród nas, też pewnie by to robił. Być może trzecie tysiąclecie istnienia Chrześcijaństwa, mające być wędrówką Kościoła na Wschód, zmieni coś w tym względzie. Spróbujmy teoretycznie prześledzić jedną z możliwości takiej przemiany.

ZACHÓD/JEZUS

1.0.      By cokolwiek zacząć rozważać, trzeba nam ustalić czym jest jezusowa wiara? Nie możemy bowiem mylić jej z tradycyjną Wiarą (dla odróżnienia pisaną tu z dużej litery), polegającą na trwaniu w jakichś zasadach, polegającą na wyznawaniu jakichś prawd. Taka Wiara jest wartością społeczną, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, a ukształtowaną kulturowo. Ta Wiara leży więc raczej w sferze intelektu, w sferze ego i superego, bliska jest etyce. W czasach jezusowych nie przypadkiem zwano ją "Prawem".

1.      Najciekawszy opis jezusowej wiary spotykamy w historii z niepłodną figą. Przypomnijmy sobie to ewangeliczne zdarzenie tak, jak opisał je Św. Marek.
A kiedy nazajutrz wyszli z Betanii, poczuł głód. I ujrzawszy z daleka drzewo figowe okryte liśćmi, poszedł (zobaczyć), czy czegoś na nim nie znajdzie. Lecz kiedy przyszedł, nie znalazł nic oprócz liści, bo to nie była pora na figi.
I powiedział do drzewa:
- Niech już nikt nigdy nie je twojego owocu.
A słyszeli to Jego uczniowie.(...)
A przechodząc rano, zobaczyli drzewo figowe uschnięte od korzenia. Piotr przypomniał sobie i mówi Mu:
- Rabbi, spójrz, drzewo figowe, któreś przeklął, uschło!
Jezus im powiedział:
- Miejcie ufność w Bogu! Zaprawdę powiadam wam: Jeśliby ktoś powiedział tej górze: podnieś się i rzuć w morze, a nie wątpił, ale wierzył, że stanie się to, co mówi, to tak będzie. Dlatego mówię wam: Wierzcie, że otrzymacie wszystko, o co się modlicie i o co prosicie, bo tak będzie.(...)
1.1.      Niesamowite jest to zdarzenie, Jezus uzdrowiciel, syn Boga miłości i współczucia nagle dokonał czynu negatywnego, agresywnego, po prostu zabił. Nadto zabił bez uzasadnienia, bo przecież "to nie była pora na figi". W obecności swoich uczniów: czyżby chciał nauczyć ich zabijać słowami? I w imię czego? W imię boże!? W dziecięcych wydaniach Biblii skrzętnie pomija się tę historię, tak bardzo jest szokująca.
      Oczywiście sprawa nie jest taka prosta. Jezus nie zrobił tego z pobudek egoistycznych, czy też dla idei. Nawet jeśli potraktować Jezusa jako człowieka, a nie Boga wcielonego, należy przyznać, iż był On mistrzem duchowym najczystszej wody. Tak niskie pobudki były Mu obce. Zatem próba interpretacji zachowania Jezusa w oderwaniu od woli boskiej była by błędem. Wiemy przecież, że Jezus stanowił jedno ze swym Ojcem. Najprawdopodobniej więc motyw tej zbrodni pochodził nie z tego świata. Wrócimy do tego tematu w punkcie drugim.
1.2.      Jakimikolwiek więc kierował się względami Jezus, historia ta najpełniej z całości Nowego Testamentu pokazuje nam istotę wiary. Jest tak, jakby wszystko to rozegrało się po to, by uzmysłowić nam jej naturę i siłę. Jezus mówi: "Jeśliby ktoś powiedział (...), a nie wątpił, że stanie się to, co mówi, to tak będzie."
      Wygląda więc na to, że wiara jezusowa na tym polega, by nie wątpić, nie rozumować, nie dopuszczać myślą kilku możliwości przebiegu mającego nastąpić naszego działania. Wydaje się to być umiejętnością szalenie prostą, ale jakże trudną w zastosowaniu.

BÓG

2.1.      W traktacie tym nie możemy choć krótko nie wspomnieć o Bogu. Nie znamy Go. Nie rozumiemy Jego intencji. Wszakże pragniemy tego i stąd mnóstwo nieporozumień. Bowiem uczłowieczamy Boga, przypisujemy Mu ludzkie cechy, ludzkie intencje, ludzki sposób rozumowania i działania. Skąd wiemy czy drzewa, chmury czy małe dzieci nie myślą w sposób bardziej podobny do boskiego niż my, ludzie? Jezus dwa tysiące lat temu przybliżając nam Boga z konieczności uczłowieczył Go, nałożył ludzką maskę na twarz Niebytu. Czy jesteśmy skazani na to, by wpatrywać się w maskę? Czy nie możemy uśmiechnąć się do Boga takiego, jakim jest naprawdę?
2.2.      O boskim działaniu wiemy na pewno tylko jedną rzecz: że jest doskonałe.

WSCHÓD/ZEN

3.0      Droga na Wschód nie jest jakimś nowym pomysłem, jest logiczną konsekwencją rozwoju duchowości. Jest to trudna droga, o czym przekonał się Eugen Herrigel. Pragnąc rozwijać swój mistycyzm, Eugen Herrigel, niemiecki filozof w okresie międzywojennym udał się do Japonii. Tam przez kilka lat poddawał się ćwiczeniom duchowym szkoły Zen. Uczył się sztuki łucznictwa. Wszakże łucznictwo miało być tylko pretekstem do praktyk duchowych. Pilnie praktykując łucznictwo nijak jednak nie widział jego duchowego znaczenia. Dla człowieka Zachodu takie powiązania są przecież nie do przyjęcia. Wtedy to jego japoński mistrz zademonstrował mu swój kunszt.
"Posłusznie ćwiczyliśmy się w strzelaniu bez celowania. Początkowo było mi zupełnie obojętne, dokąd lecą moje strzały. Nawet zdarzające się niekiedy trafienia nie podniecały mnie wiedziałem bowiem, że są to fuksy, które w żaden sposób mnie nie dotyczą. Wreszcie jednak takie strzelanie Panu Bogu w okna wyczerpało moją cierpliwość: wróciła pokusa, żeby się zamartwiać. Mistrz udawał, że nie dostrzega mojego niepokoju, aż pewnego dnia wyznałem mu, że jestem u kresu wytrzymałości.
- Niepotrzebnie się przejmujesz - pocieszył mnie. - Uwolnij się od myśli o tym, żeby trafić w tarczę! Można trafiać nie za każdym razem, i też być mistrzem! Trafienia w tarczę są tylko zewnętrznym dowodem i potwierdzeniem tego, że jesteś w najwyższym stopniu bezinteresowny, że do niczego nie dążysz, że wyzbyłeś się siebie - zresztą nazwij ten stan, jak ci się żywnie podoba. Są różne klasy mistrzostwa. Dopiero wtedy, gdy osiągniesz klasę najwyższą, będziesz miał pewność, że nie chybisz.
- To właśnie nie mieści mi się w głowie - odparłem. - Wydaje mi się, że rozumiem, czym jest ten prawdziwy, wewnętrzny cel, w który należy trafić. Ale jak to się dzieje, że strzała może utkwić w celu zewnętrznym - w papierowym kręgu - choć łucznik weń nie mierzy, i czemu trafienia w tarcze są tylko zewnętrznym świadectwem tego, co rozgrywa się wewnątrz - tej zależności nie pojmuje.
- Łudzisz się - rzekł Mistrz po chwili - sądząc, że choćby pobieżne zrozumienie tych mrocznych powiązań byłoby ci pomocą. Procesy te leżą poza zasięgiem zrozumienia. Nie zapominaj, że nawet w przyrodzie istnieją zależności, których pojąć nie sposób, tak jednak rzeczywiste, że przywykliśmy do nich, jakby nie mogły być ani trochę odmienne. Dam ci przykład, nad którym często łamałem sobie głowę. Pająk tańczy, przędąc sieć, choć nie wie o istnieniu much, które w nią wpadną. Mucha w beztroskim tańcu sunie po promieniu słońca i wpada w sieć, nie wiedząc, co ją czeka. Lecz w obojgu "się" tańczy, i w tańcu tym to, co wewnętrzne, jednoczy się z zewnętrznym. W ten sposób łucznik trafia w tarczę, nie mierząc w nią. Nic więcej nie mogę powiedzieć.
Aczkolwiek wiele myślałem o tym porównaniu - choć oczywiście nie potrafiłem wyciągnąć z niego zadowalających wniosków - coś we mnie nie chciało ustąpić i uparcie nie pozwalało mi ćwiczyć w spokoju. W umyśle mym uformowało się zastrzeżenie, które z upływem tygodni przybrało wyraźniejszy kształt. Spytałem wiec Mistrza:
- Czy nie jest przynajmniej do pomyślenia, że po tylu latach ćwiczeń Mistrz chcąc nie chcąc unosi łuk i strzałę z pewnością lunatyka - a wiec, choć napinając łuk nie celuje świadomie, musi jednak trafić w tarczę, bo po prostu nie jest w stanie chybić?
Mistrz - od dawna przyzwyczajony, że zanudzam go pytaniami - pokręcił głową.
- Nie przeczę - rzekł po chwili milczenia - że w tym, co mówisz, może być trochę prawdy. Istotnie, stoję twarzą do celu, w taki sposób, że musze go widzieć, nawet nie spoglądając umyślnie w jego kierunku. Z drugiej strony wiem jednak, że takie widzenie celu nie wystarcza, o niczym nie przesądza, niczego nie wyjaśnia, bo widzę cel tak, jakbym go nie widział.
- A wiec powinieneś, Mistrzu, trafiać z zawiązanymi oczami - wyrwało mi się.
Spojrzał na mnie tak, iż zdjął mnie lęk, że go obraziłem, i powiedział:
- Przyjdź do mnie dziś wieczorem.
Usiadłem na poduszce naprzeciw Mistrza. Mistrz podał mi herbatę, lecz nie odezwał się ani słowem. Siedzieliśmy tak przez dłuższy czas. Wśród ciszy słychać było tylko śpiew czajnika, stojącego na rozgrzanych węglach. Wreszcie Mistrz wstał i skinął na mnie. Poszedłem za nim. Sala ćwiczeń zalana była światłem. Mistrz polecił mi ustawić w piasku przed tarczą świeczkę, długą i cienką, jak drut do robienia swetrów, lecz w pawilonie światła nie zapalać. Było tak ciemno, że nie widziałem nawet zarysu pawilonu. Gdyby świeczka się nie paliła, odgadłbym może, gdzie znajduje się tarcza, choć nie mógłbym dokładnie wypatrzyć jej w mroku. Mistrz "odtańczył" ceremoniał. Pierwsza strzała pomknęła z oślepiającej jasności w otchłań nocy. Poznałem po dźwięku, że utkwiła w tarczy. Drugi strzał również był celny. Zapaliwszy światło w pawilonie stwierdziłem ze zdumieniem, że pierwsza strzała tkwi w samym środku czarnego pola, natomiast druga rozłupała ją od strony lotki i przeorała jej trzon, nim tuż obok wbiła się w tarczę. Nie ośmieliłem się wyjąć strzał po jednej, lecz wraz z tarczą zaniosłem je Mistrzowi. Ten krytycznym okiem przyjrzał się strzałom.
- Myślisz pewnie - powiedział - że pierwszy strzał to niewielki wyczyn, bo po tylu latach znam moją strzelnicę tak dokładnie, że nawet w zupełnych ciemnościach muszę wiedzieć, gdzie jest tarcza. Ale druga strzała, która trafiła w pierwszą - co ty na to? Ja w każdym razie wiem, że to nie mnie należy przypisać te zasługę. "Się" strzeliło i "się" trafiło. Skłońmy się przed tarczą, jak przed samym Buddą!"
3.2.      Wczytując się we wspomnienia Herrigela, odnajdujemy coś szalenie podobnego do jezusowej wiary. Okazuje się bowiem, że praktykując buddyzm zen w rzeczy samej uczył się On działania bez myśli, bez rozumowania, bez wątpienia, działania z prawdziwą wiarą. Taką też wykładnię buddyzmu zen stosuje japoński mistrz Daisetz T. Suzuki w przedmowie do książeczki Herrigela.
"Baso (Ma-tsu, zmarły w roku 788) głosił, iż zen to "umysł na co dzień". "Codzienność" umysłu polega po prostu na tym, by "spać, gdyśmy zmęczeni, i jeść, kiedyśmy głodni". Skoro tylko zaczynamy rozważać, rozmyślać i budować pojęcia, zatraca się pierwotna nieświadomość, wkrada się myśl, i już nie jemy jedząc ani śpiąc nie śpimy. Strzała opuszcza wprawdzie cięciwę, lecz nie frunie wprost ku tarczy, a samej tarczy też nie ma tam, gdzie tarcza stoi. Zaczynamy snuć rachuby, one zaś są błędne. Całe to przedsięwzięcie, jakim jest łucznictwo, zbacza na manowce. Panujący w umyśle łucznika zamęt w każdym kierunku, w każdej dziedzinie działalności zdradza swą obecność.
Człowiek to trzcina myśląca, lecz swych największych czynów dokonuje wtedy, gdy nie rachuje, nie myśli. Latami ćwicząc się w sztuce zapominania o sobie, należy odzyskać utraconą "dziecięcość". Osiągnąwszy ten stan człowiek myśli, zarazem jednak nie myśląc. Myśli tak, jak ulewy spadające z nieba, myśli tak, jak fale, które ocean toczy, myśli tak, jak gwiazdy, rozjaśniające nocą niebiosa, myśli tak, jak zielone liście, strzelające z gałązek w kojącym wiosennym powiewie. W istocie człowiek taki jest tymi ulewami, tym oceanem, tymi gwiazdami i liśćmi.
Osiągnąwszy taki etap duchowego rozwoju, człowiek staje się artystą życia na modłę zen. Niepotrzebne mu płótno, pędzle ani farby, których używa malarz. Niepotrzebne mu łuk, strzała, tarcza ani inne przedmioty, którymi posługuje się łucznik. Ma on własne kończyny, tułów, głowę i inne części ciała - ważne narzędzia, przy pomocy których przejawia się jego "życie na modłę zen". Jego ręce i nogi to pędzle, a cały wszechświat jest płótnem, na którym człowiek ten przez siedemdziesiąt, osiemdziesiąt, albo i dziewięćdziesiąt lat odmalowuje swe życie."

?      Czytelnik owego traktaciku musi wybaczyć jego autorowi lakoniczność i tajemniczość. Autor byłby bowiem godzien litości, gdyby rzeczywiście w sposób logiczny chciał wyłożyć istotę jezusowej wiary. Zrozumienie nie ma żadnej wartości, jeśli nie jest poprzedzone doświadczeniem, "przebudzeniem". Tekst ten ma więc tyle wartości, ile może jej mieć dziecięca zabawa.
      Co więcej wiarą można zabijać, czego dowiódł Jezus, jak i długa historia zen wykorzystywanego w sztukach walki. Należy być zatem człowiekiem wielkiej Wiary, by móc posługiwać się wiarą. Wiara przez duże "W" i ta przez małe "w" uzupełniają się i są sobie równorzędne.
      Jezus rzecz jasna nie był mistrzem zen. Nie warto Go też porównywać z żadnym z Buddów. Nie należy mieszać tych dwóch wspaniałych duchowych tradycji, jak i nie należy ich stopniować. Mają one jednak wspólne podstawy, których warto szukać. Podstawy nie intelektualne, nie społeczno-kulturowe, nie jakoweś Prawdy Wiary, ale naturalne, przypisane każdemu człowiekowi niezależnie od wyznania i rasy, tyczące na przykład działania z prawdziwą, niewzruszoną wiarą.