List do umierającego przyjaciela Strona startowa Fragmenty raportu 'O planecie Ziemia'

Film Kurosawy

Moja przygoda z zaimkami bynajmniej nie rozpoczęła się od przeczytania "Ja" - pierwszej książki Tadeusza Niwińskiego, lecz nieco wcześniej, od obejrzenia filmu znanego, japońskiego reżysera Akiry Kurosawy. To był dziwny film, nawet jak na tak niezwykłego twórcę, jakim jest Kurosawa. Film bez demonicznego Toshiro Mifune, bez samurajów, bez przejmującej muzyki japońskiej, którego akcja nawet nie rozgrywała się w Japonii. Mimo to film szalenie ciekawy. Co więcej ów film można było odczytać na wiele sposobów. Na przykład małolat mógłby z przyjemnością obejrzeć go jako pełną przygód historię, niczym wyjętą z opowiadań podróżniczych, z głównym bohaterem będącym autentycznym pierwotnym myśliwym. Miłośnik przyrody oglądając go zapewne nie potrafiłby oczu oderwać od widoku ussuryjskiej tajgi, jedynego w swoim rodzaju dziwu natury. Samotnik pewnie zachwyciłby się historią przyjaźni na śmierć i życie, jaka w czasie akcji filmu narodziła się pomiędzy dwoma mężczyznami. Filozof dostrzegłby etykę ukształtowaną przez prawa przyrody, a etnograf - pierwotny kult Amby, tamtejszego tygrysa, w którego mocy było sprowadzenie śmierci na człowieka, jeśli ten mu się przeciwstawił. Każdą zaś tkliwą duszę wzruszyłoby na pewno napisane przez życie tragiczne zakończenie tej opowieści, jakiego nie powstydziłby się żaden dramaturg.

Ja jednak odczytałem ów film jeszcze inaczej. Jak? Najlepiej odda to zapis, który zrobiłem w moim dzienniku bezpośrednio po emisji filmu.

              13 VI 92
Zamiast ja - moja, zamiast my - nasze.
Czy czasem Dersu Uzała nie wyprzedził nas wszystkich?
Nie! ...jego wyprzedziła nasze wszystkie.
To niesamowite! O wszystkim tak, jak o ludziach,
ale 'moja', a nie 'ja', 'twoja', a nie 'ty'!
              ...o całe lata świetlne.
Poszukam tego Arseniewa.

Jakiś czas po obejrzeniu filmu poszperawszy w bibliotecznych zbiorach odnalazłem dwie książki Arsenjewa, w których to opisywał najwspanialszą w swym życiu przygodę. Z przedmów do książek dowiedziałem się, że opisem postaci Dersu zachwycał się także Maksym Gorki, autor znanego cytatu "Człowiek - to brzmi dumnie" [Patrz tekst pt. "Człowiek to brzmi... wieloznacznie"], pochodzącego z napisanego w roku 1902 dramatu "Na dnie". Wspominam o tym nie tylko dlatego, że Tadeusz Niwiński słowami tego cytatu rozpoczął treść książki "Ja", ale przede wszystkim by stwierdzić, iż tenże dramat Gorkigo zekranizował Kurosawa, jeśli mnie pamięć nie myli nieco przed nakręceniem "Dersu Uzały". Jakiż ten świat jest mały!

Część I

Książki Arsenjewa

Cofnijmy się w czasie do początku tej historii, gdzieś do przełomu wieków. Wtedy to młody oficer, badacz przyrody, podróżnik Włodzimierz Arsenjew na własną prośbę zostaje przeniesiony z będącej pod zaborami Polski, z Warszawy do Kraju Ussuryjskiego, zakątku znajdującego się pomiędzy Chinami, morzem japońskim, pobliską Koreą, a całą resztą Rosji - istnym krańcu świata. Stąd, z Władywostoku w roku 1902 wyrusza wyprawa wraz z oddziałem na jedną z ekspedycji w głąb ussuryjskiej tajgi.

Nagle konie uniosły łby i nastawiły uszu, by po chwili uspokoić się znowu zapaść w drzemkę. Początkowo nie zwróciliśmy na to szczególnej uwagi i rozmawialiśmy dalej. Upłyneło kilka minut. Zapytałem o coś Olentjewa. Nie otrzymawszy odpowiedzi zwróciłem się w jego stronę. Stał w pozie wyczekującej i załoniwszy się ręką przed blaskiem ogniska, wpatrywał się przed siebie, nieco w bok.
- Co się stało? - zapytałem.
- Ktoś schodzi z góry - odpowiedział mi szeptem.

Zaczęliśmy obaj nasłuchiwać; dokoła jednak było cicho, tak cicho, jak tylko bywa w lesie chłodną jesienną nocą. Nagle z góry posypały się drobne kamyki.
- To pewnie niedźwiedź - powiedział Olentjew i zaczął nabijać strzelbę.
- Strzelaj nie trzeba. Moja ludzie... - dał się słyszeć głos z ciemności i po kilku minutach do naszego ogniska podszedł człowiek.

Ubrany był w kurtkę i spodnie z wyprawionej jeleniej skóry. Na głowie miał jakiś zawój, na nogach unty, na plecach duży tobołek, a w rękach drewniane koziołki i długą berdankę.
- Witaj, kapitan - powiedział przybysz zwracając się do mnie, po czym oparł o drzewo strzelbę, zdjął z pleców tobołek i otarłszy spoconą twarz rękawem koszuli, przysiadł się do ogniska. Mogłem mu się teraz dobrze przyjrzeć. Wyglądał na jakieś czterdzieści pięć lat. Był niedużego wzrostu, krępy i prawdopodobnie odznaczał się dużą siłą fizyczną. Pierś miał wypukłą, ręce muskularne, mocne, nogi nieco krzywe. Jego opalona twarz była typowa dla tubylców: wydatne kości policzkowe, maleńki nos, oczy mongolskie z fałdką na powiekach i szerokie usta z mocnymi zębami. Małe, ciemnopłowe wąsy okalały mu górną wargę, a niewielka rudawa bródka zdobiła podbródek. Najbardziej jednak przykuwały uwagę jego oczy. Były ciemnoszare, spoglądały spokojnie i nieco naiwnie. Wyrażały zdecydowanie, prawość charakteru i dobroduszność.

Nieznajomy nie oglądał nas tak ciekawie, jak my jego. Wydobył zza pazuchy kapciuch z tytoniem, nabił swoją fajeczkę i zaczął palić w milczeniu. Nie wypytując, kim jest i skąd idzie, poczęstowałem go jedzeniem. Taki jest obyczaj tajgi.
- Dziękuję, kapitan - powiedział. - Moja bardzo chce jeść, moja dziś nie jeść.

Podczas gdy jadł, przyglądałem mu się dalej. U pasa zwisał myśliwski nóż, prawdopodobnie więc był to myśliwy. Ręce miał zgrubiałe, podrapane; podobne, tylko głębsze blizny miał na twarzy: jedną na czole, drugą na policzku koło ucha. Kiedy zdjął zawój z głowy, zauważyłem, że ma gęste, płowe włosy; rosły one bezładnie i zwisały z boku długimi kosmykami.

Nasz gość nie był rozmowny. Olentjew nie wytrzymał wreszcie i zapytał przybysza wprost:
- Kto ty jesteś? Chińczyk czy Koreańczyk?
- Moja Gold - odpowiedział krótko.
- Jesteś pewnie myśliwym? - zapytałem go znowu.
- Tak - powiedział. - Moja ciągle polowanie chodzi, innej pracy nie ma, ryba łowić też rozumieć nie, tylko jeden polowanie rozumieć.
- A gdzie mieszkasz? - wypytywał go dalej Olentjew.
- Moja nie ma dom. Moja wciąż sopka mieszka. Ogień pali, namiot rozkłada, śpi. Zawsze chodzi polować, jak w domu mieszkać?

Opowiedział potem, że dziś polował na marale i ranił jedną matkę, ale lekko. Idąc za postrzeloną, natknął się na nasze ślady. Zaprowadziły go one do wąwozu. Gdy się ściemniło, zobaczył ogień i skierował się prosto w jego stronę.
- Moja cichutko chodzi - mówił. - Myśli, jaki ludzie daleko sopki chodzi? Patrzy - jest kapitan, żołnierze. Moja wtedy chodzi prosto.
- Jak się nazywasz? - spytałem nieznajomego.
- Dersu Uzała - odpowiedział.

Dersu bez słowa przyłącza się do oddziału Arsenjewa i szybko daje się poznać jako człowiek nieoceniony. Gdy ruszają w drogę okazuje się, że jest tropicielem, który w tajdze, niczym w otwartej księdze, bez trudu czyta całe historie. Gdy żołnierze zaczynają zabawiać się strzelaniem do wiszącej, rozbujanej butelki Dersu ku zaskoczeniu wszystkich trafia w sznurek, a butelkę bierze jako nagrodę. Co więcej Dersu nigdy nie zabija "dla sportu", rozrywki czy ze złości, jak zwykli to robić żołnierze. Nawet nie niszczy niczego, co mogłoby się przydać choćby mrówce. Ten właśnie przejawiany przez Dersu stosunek do przyrody wpierw najmocniej zadziwia, a wnet najbardziej zachwyca Arsenjewa...

Słońce było jeszcze wysoko, postanowiłem więc wejść na szczyt Tudinzy, aby obejrzeć stamtąd okolicę. Dersu poszedł ze mną. Zabraliśmy ze sobą tylko strzelby.

Góra była stroma. Dwa razy siadaliśmy, by odpocząć, potem znowu wspinaliśmy się do góry.

Ziemia dokoła była poryta przez dziki. Dersu zatrzymał się często i badał ślady. Wyczytywał z nich wiek zwierząt, ich płeć; dostrzegł ślady kulawego dzika, znalazł miejsce walki dwóch samców. Jeden gonił tutaj drugiego, wyobraziłem to sobie na podstawie jego słów. Wydawało mi się dziwne, że dawniej tych śladów wcale nie spostrzegalem, a jeśli je nawet widziałem, to nie umiałem wyczytać z nich nic więcej poza kierunkiem, w którym szły zwierzęta.

Po upływie godziny dotarliśmy do szczytu góry pokrytej piargami. Siedliśmy na kamieniach i zaczęliśmy się rozglądać.
- Popatrz, kapitan - powiedział Dersu wskazując na przeciwległe zbocze wąwozu. - Co to takiego?

Spojrzałem we wskazanym kierunku i zobaczyłem jakąś ciemną plamę. Pomyślałem, że to cień rzucony przez obłok, i podzieliłem się z Dersu swym przypuszczeniem. Ten zaśmiał się i wskazał na niebo. Spojrzałem w górę. Niebo było zupełnie czyste: na jego bezgranicznym błękicie nie było ani jednego obłoczka. Po upływie kilku minut plama zmieniła swój kształt i przesunęła się nieco w bok.
- Co to takiego? - z kolei ja zapytałem Golda.
- Tobie nie rozumiej - odpowiedział. - trzeba chodzi zobaczyć.

Zaczęliśmy schodzić w dół. Wkrótce zauważyłem, że plama posuwa się także w naszym kierunku. Po jakichś dziesięciu minutach Gold zatrzymał się, usiadł na kamieniu i dał mi znak, bym zrobił to samo.
- Nasza tutaj trzeba czekaj - powiedział. - Trzeba cicho siedź, nic-nic łamać nie trzeba, mówi także nie trzeba.

Czekaliśmy. Wkrótce znowu zobaczyłem plamę. Urosła już do dużych rozmiarów. Mogłem już teraz rozróżnić, z czego się składa. Były to jakieś żywe istoty przesuwające się wciąż z miejsca na miejsce.
- Dziki! - zawołałem.

Były to istotnie dziki, gromada przewyższająca setkę. Niektóre zwierzęta odchodziły w bok od stada, ale zawracały natychmiast. Wkrótce już można było rozróżnić poszczególne zwierzęta.
- Jeden ludzie bardzo duży - odezwał się cicho Dersu.

Nie rozumiałem, o jakim "człowieku" mówi, i spojrzałem na niego ze zdumieniem.

Pośrodku stada, niby wielki pagórek, wznosił się grzbiet olbrzymiego odyńca. Rozmiarami przewyższał pozostałe zwierzęta i ważył zapewne około 250 kilo. Stado zbliżało się bardzo szybko. Słychać już było wyraźnie szelest suchych liści deptanych przez setki nóg, trzask gałęzi, wydawane przez samce ostre odgłosy, chrząkanie świń i kwik prosiąt.
- Wielki ludzie blisko chodzi nie ma - powiedział Dersu, a ja go znowu nie zrozumiałem.

Największy odyniec był w samym środku stada, wiele zwierząt rozpierzchło się w różnych kierunkach, a niektóre oddaliły się bardzo od stada; wskutek tego, chociaż niektóre dziki podeszły tuż do nas, wielki odyniec wciąż jeszcze znajdował się poza zasięgiem strzału. Siedzieliśmy bez ruchu. Nagle jeden ze znajdujących się najbliżej dzików podniósł do góry ryj. Przeżuwał coś. Pamiętam jak dziś ten wielki łeb, nastawione uszy, dzikie oczy, ruchomy ryj z dwoma nosowymi otworami i białe kły. Zwierzę zamarło w bezruchu, przestało jeść i wpatrzyło się w nas złymi, pytającymi ślepiami. Wreszcie zrozumiało niebezpieczeństwo i wydało ostry kwik. Całe stado natychmiast rzuciło się w bok z parskaniem i hałasem. W tej samej chwili huknął strzał. Jedno ze zwierząt runęło na ziemię. W rękach Dersu dymiła strzelba. Jeszcze w ciągu kilku chwil rozlegał się po lesie trzask łamanych gałęzi, a potem wszystko ucichło.

Dzik zastrzelony przez Golda był dwulatkiem. Zapytałem starego, dlaczego nie zastrzelił wielkiego odyńca.
- Jego stary ludzie - powiedział o dziku z kłami. - Jego źle jedz, mięso mało-mało pachnie.

Uderzyło mnie to, że Dersu nazywa dziki "ludźmi". Zapytałem go o to.
- Jego to samo, co ludzie - potwierdził. - Tylko koszula inny. Oszukaj - rozumie, gniewaj - rozumie, wszystko rozumie. To samo, co ludzie.

Zrozumiałem już wszystko. Ten pierwotny człowiek miał animistyczny pogląd na przyrodę i wskutek tego personifikował wszystko, co go otaczało.

Część I

Poszukiwania naukowe

Czytając książki Arsenjewa z zapałem zacząłem analizować język, jakim mówił Dersu i wnet moje pierwsze wrażenie zmieniło się w pewność co do tego, że w mowie Dersu tkwiła jakaś... ukryta wiedza. Piszę "ukryta", ponieważ Dersu z rzadka filozofował; zwykle jego wypowiedzi były jak najbardziej konkretne. Owa frapująca mnie wiedza zawierała się w samej formie języka, jakim mówił. Pierwszą rzeczą bowiem, zwracającą uwagę w dialogach książek jest fakt, iż ani razu z ust Dersu nie padło słowo "ja". Podobnie w innych przypadkach zamiast zaimków osobowych, zwykle używał zaimków dzierżawczych. Niestety odpowiedzi na pytanie dlaczego tak śmiesznie mówił nie znalazłem w książkach.

Po latach zmagań z tematem "ja" doszedłem do twierdzenia, którego wyrazicielem jest też Tadeusz Niwiński. Tego mianowicie, że zaimki służą nam często do programowania się wzajemnie, jak i programowania samych siebie. Jednakże Dersu Uzała pokazał mi, iż programowanie pozytywne - którego zwolennikiem jest pan Tadeusz - nie musi być jedynym pozytywnym wykorzystaniem tego faktu. Gdy to zrozumiałem, konsekwencje odkrycia dokonanego przez Dersu dla rozwoju naszej cywilizacji wydały mi się rewolucyjne!

Do potwierdzania mych równie sensacyjnych, co niejasnych przypuszczeń na temat Dersu zabrałem się tak, jak potrafiłem, a przyznaję, iż z natury nie jestem typem naukowca systematycznie dążącego do tzw. obiektywnej prawdy. Patrząc z perspektywy czasu na moje chaotyczne poszukiwania widzę, że prowadziły mnie one w kierunku dwóch źródeł: naukowego i duchowego. Przedstawię je oddzielnie pomijając porządek chronologiczny.

Jako zupełny laik sięgnąłem po literaturę lingwistyczną. W niej odnalazłem coś, co zwie się teorią relatywizmu językowego, stwierdzającą ni mniej, ni więcej, iż myślimy tak, jak mówimy, a mówimy tak, jak myślimy. To na pozór idiotyczne twierdzenie nabiera sensu przy założeniu, że języki różnią się między sobą tylko słownictwem, ale przede wszystkim sposobem odwzorowania rzeczywistości. Wedle relatywistów myślimy tak, a nie inaczej nie dlatego, że nasze mózgi są zbudowane tak, a nie inaczej, czy nawet dlatego, że rzeczywistość jest taka, a nie inna. Język (mówiąc dokładniej każdy z języków lokalnych) jest niczym tysiącletni malarz, którego w dzieciństwie wpuszczamy do naszego wnętrza, by żył twórczo pomiędzy rzeczywistością, a naszym wewnętrznym jej obrazem. Różne języki (ściślej: języki różnych grup językowych) są niczym malarze, którzy zależnie od osobistych właściwości, przedstawiają świat na różne sposoby: impresjonistycznie, kubistycznie, konceptualnie... Nasze naiwne mniemanie, że spostrzegamy rzeczywistość realistycznie jest wywołane brakiem porównania, bowiem korzystamy z usług tylko jednego malarza.

Jeśli nasz język ojczysty kształtuje sposób w jaki myślimy, możliwa jest sytuacja przeciwna. Wyobraźmy sobie człowieka, który na skutek osobistego odkrycia, objawienia, heureki zaczął inaczej niż większość ludzi spostrzegać rzeczywistość oraz zaczął inaczej o niej myśleć. Zgodnie z teorią relatywizmu człowiek ten mógłby zacząć inaczej o rzeczywistości mówić! Zdarzenie takie jest prawdopodobne tylko w przypadku człowieka żyjącego z dala od innych, kto języka używał przede wszystkim do myślenia, a w drugiej mierze do komunikowania się; i kto używał języka tylko i wyłącznie potocznego, tak by nie mógł swego odkrycia wyrazić teoretycznie. (Twierdzenie to jest oczywiście dopisywaniem teorii do faktów, ale doprawdy nie potrafię tej teorii nijak sprawdzić.)

Z książek lingwistycznych zdecydowanie najmocniejsze wrażenie wywarła na mnie lektura zbioru tekstów B. L. Whorfa "Język, myśl i rzeczywistość". Oto fragment tej ciekawej lektury:

"Nie sposób uważać dłużej paru współczesnych dialektów rodziny indoeuropejskiej i wypracowanych wedle ich wzorów technik racjonalizacyjnych za szczyt ewolucji ludzkiego umysłu, niepodobna też uważać ich znacznego obecnie rozprzestrzenienia za efekt ewolucji przez dobór naturalny; jest to raczej wynik paru trafów historycznych, które można nazwać szczęśliwymi tylko z parafialnego punktu widzenia strony uprzywilejowanej. Owe języki i techniki, jak również funkcjonujące na ich podłożu nasze własne procesy myślowe nie wypełniają bez reszty całej gamy możliwości ludzkiego rozumu, lecz są jedynie pewną konstelacją w galaktycznej przestrzeni. Uczciwe uprzytomnienie sobie niewiarygodnego zróżnicowania systemów językowych na naszej planecie uzmysławia nam, że duch ludzki jest straszliwie stary, że parę tysięcy lat historii utrwalonej w piśmie to zaledwie kropka postawiona ołówkiem na skali mierzącej minione doświadczenia Ziemi, że zdarzenia ostatnich milleniów nie przyniosły niczego odkrywczego ewolucyjnie, że rasa nasza nie dokonała nagłego zrywu, nie doszła do żadnej imponującej syntezy, a tylko igrała paroma formułkami językowymi i paroma poglądami na świat spomiędzy tych, jakie przekazała jej w testamencie niewyobrażalnie rozległa przeszłość."

Czytając go, oczarowany wizjonerstwem tego lingwisty-amatora, utwierdziłem się w przekonaniu, że nasz wewnętrzny obraz świata jest w dużej mierze kreowany przez reguły językowe. Nie ulega wątpliwości, że podstawową klasyfikacją elementów rzeczywistości w językach indoeuropejskich jest podział na podmioty i przedmioty. Słupami granicznymi tego podziału są między innymi zaimki. Ja, ty, on, my wszyscy po prostu uważamy się za podmioty. To, co moje, twoje, jego, a szczególnie to, co bezpańskie, bezimienne jest już tylko przedmiotem. Zatem z tego punktu widzenia Dersu poprzez tę dziecięcą sztuczkę z zaimkami dokonał przewrotu iście kopernikowskiego! Mianowicie przesunął ten podstawowy podział rzeczywistości tak, by nie przebiegał pomiędzy różnymi bytami, lecz by dzielił wszystkie byty na wewnętrzny podmiot - ja i zewnętrzny przedmiot - osobę.

"Żeby poprawić świat, najpierw trzeba poprawić język" - ponoć powiedział Konfucjusz. To tak a propos chińszczyzny, bo z innej książki lingwistycznej, Mirosławy Marody "Technologie intelektu" dowiedziałem się jak bardzo języki europejskie różnią się od języka chińskiego. W swej książce pani Mirosława rozważając wpływ pisma na logikę języka (tzw. koncepcję Jacka Goody'ego) ilustruje na czym polega ta różnica. Ja ograniczę się tylko do stwierdzenia, że specyfiką języka chińskiego jest to, i podkreśla on związki między rzeczami przeciwstawnymi sobie. Nie przypadkiem swoistym symbolem Chin jest monada przedstawiająca jin i jang. W wyniku tego, wyłącznie za sprawą różnic kulturowo-językowych to, co nam może wydawać się wykluczające się wzajemnie, wedle chińczyków się uzupełnia. Przykładami niech będą dwie pary: wykluczające się nauka i duchowość Zachodu oraz uzupełniające się konfucjanizm i tao.

W trakcie takich rozmyślań szalenie chińska wydała mi się ta "moja" Uzały. Nasze zwykłe "ja" (jak się rzekło jedynie podmiotowe) robi wrażenie gołego, jednostkowego, samotnego, chciałoby się powiedzieć "egoistycznego". Natomiast "moja", implikując istnienie jakiegoś "ja", tworzy parę wzajemnie się uzupełniającą. "Moja" w tej parze jest jang, stroną zewnętrzną, czynną, bo przedmiotową, a bezgłośne "ja" - jin, wewnętrzną i bierną, bo podmiotową. Ale to już są rozważania wkraczające na drugą, nienaukową ścieżkę moich poszukiwań potwierdzenia sensu "omnia mea mecum porto" w wersji Dersu Uzały.

Część III

Poszukiwania duchowe

Z konieczności, ale i z wyboru moje poszukiwania sądów korespondujących z przesłaniem Dersu ograniczyłem do pewnej części duchowości, głównie buddyzmu. Co więcej nie interesowała mnie treść dalekowschodnich systemów religijno-filozoficznych, lecz tylko relacje tamtejszych mistrzów duchowych. Wielokrotnie w literaturze spotkałem się z opiniami głoszonymi przez nich, iż należy się "wyzbyć swego ja" lub też "utożsamić się z prawdziwym ja". W tym kontekście są to myśli ciekawe, ale niestety dość niefortunne. Czyż bowiem można nawiązać wieź tożsamości z tym, czym się jest? Czy można wyzbyć się tego, czym się jest i nadal istnieć? "Wyzbycie się siebie" oznacza tu zapewne wyzbycie się tego, co zwykle uważamy za "ja"., a co owym "ja" nie jest. By nie plątać się w tym podobnych grach słownych, całą historię rozwoju osobowości ludzkiej, tak jak ją widzę, skrótowo tu nakreślę.

Podstawą każdego istnienia jest coś, co hindusi zwą "atmanem", buddyści zen "niewzruszonym centrum istnienia", a co najprościej będzie określić mianem "ja". Rozwój każdego z nas polega na tym, że wokół tegoż pierwotnego "ja" pojawiają się inne części osobowości, takie jak ciało, umysł, różne rodzaje pamięci... Zaś w pewnym momencie naszego życia, po to byśmy mogli funkcjonować w społeczeństwie nawiązała się więź między "ja", a resztą osobowości. Określam ją mianem tożsamości. Cechuje ją bezpośredniość. Każdy człowiek w jakimś wieku zaczyna utożsamiać się z całą swoją osobą, ze swymi uczuciami, odczuciami, myślami, wspomnieniami itp. Naturalnie wraz z dalszym rozwojem poczucie "ja" rozszerza się. Jednak ten początkowo pozytywny proces w pewnej chwili staje się szkodliwy. W zachowaniu człowieka pojawia się coraz więcej egoistycznych pragnień i obaw, co powoduje wewnętrzny zamęt i cierpienie. Tu na scenę wkraczają duchowi przewodnicy. Głoszą oni, iż należy zerwać tę szkodliwą wieź i w ten sposób uwolnić się od negatywnych zapędów umysłu, który w międzyczasie podszył się pod "ja". Sprawa niestety nie jest łatwa, gdyż przychodzi im odwoływać się do intelektu w intencji walki z dominacją intelektu. Zresztą nawet jeśli mistrzom duchowym uda się któregoś z nas przekonać o konieczności takowej kuracji, to zerwanie owej więzi wydaje się być zadaniem szalenie trudnym. Najwspanialszym tego procesu opisem jest książka niemieckiego filozofa Eugena Herrigela "Zen w sztuce łucznictwa".

Z kolei samo zerwanie więzi tożsamości (zwane najczęściej "przebudzeniem", "oświeceniem", a terminologii zen "satori") nie może być uznane za cel sam w sobie, gdyż konieczność życia w społeczeństwie szybko zmusiłaby człowieka przebudzonego do odnowienia tej więzi. Dlatego na miejscu zerwanej więzi musi się pojawić wieź nowa, już nie bezpośrednia i logiczna; wieź, którą określiłem sobie nie bez powodu jako więź dzierżawienia. Człowiek przemieniony przez ten proces nie jest już rozdymanym do granic "ja"; niestałym, bo opartym na wciąż zmieniającym się ego; nie mogącym poznać siebie, bo nie mającym do siebie dystansu. Człowiek taki znajduje trwałe oparcie dla swej osoby w "niewzruszonym centrum" i tylko w nim. Będąc nim, z niego doświadcza reszty swej osoby. (...)

Część IV

Aneks

Czytając ten tekst po latach, spostrzegam w nim błąd wymagający sprostowania. W ogóle brak w tej książce czegoś w rodzaju bibliografii. Nie chciałbym jednak zamieszczać bezdusznego spisu tytułów. Pozwolę więc sobie na krótki dopisek.

Tak naprawdę początek moich literackich poszukiwań duchowych datuje się na rok 1990 - dwa lata przed odkryciem Dersu. Na początku był "Siddhartha" Hermanna Hessego. Była to pierwsza książka, którą kupiłem po moim przebudzeniu. Jeszcze dziś pamiętam jak ta książka uśmiechnęła się do mnie leżąc na księgarskiej ławie. Hesse wywarł na mnie ogromny wpływ. Tylko jednego autora chłonąłem w takich ilościach jak jego - Stanisława Lema. Oni obaj, tak różni, jeden wielki duchem, drugi umysłem, wspaniale mi się dopełniali.

"Chciałem się nauczyć, czym jest ja, i jaki jest jego sens. Chciałem się uwolnić od tego ja, chciałem je pokonać. Ale nie mogłem go pokonać, mogło mi się tylko wydawać, mogłem tylko od niego uciekać, chować się przed nim. Zaiste, nic na świecie nie zaprzątało mojej myśli tak bardzo jak moje własne ja, ta zagadka, że żyję, że jestem osobnym bytem, oddzielonym od wszystkich innych, że jestem Siddharthą. A o niczym na świecie nie wiem tak mało jak o samym sobie!

Gdy ktoś czyta pismo, którego sens chce odkryć, nie lekceważy wszak znaków i liter, nie nazywa ich złudzeniem, przypadkiem, nic nie wartą skorupą, ale czyta je, literę po literze, studiuje, kocha. Ja tymczasem, który chciałem czytać w księdze świata i w księdze własnej istoty, gardziłem znakami i literami, z góry umyśliwszy sobie, że tak właśnie trzeba, nazwałem świat zjawisk złudzeniem, własne oczy i język nazwałem przypadkowymi i bezwartościowymi zjawiskami."

"Siddhartha" Hermann Hesse

Czytałem wtedy najróżniejsze rzeczy. Z jednej strony myślicieli: "Aforyzmy..." Schopenhauera, "Ecce Homo" Nietzschego, "Zen w sztuce łucznictwa" Herrigela, Krishnamurtiego... Z drugiej - prozaików: D.H. Lawrence'a, Stendhala, R. Rollanda, Kazantzakisa, Tołstoja... To tylko kilka nazwisk z początku tej chronologicznej listy. Wszystkich po raz pierwszy. Tak naprawdę w ogóle zacząłem czytać dopiero wtedy.

Na trzy miesiące przed odkryciem Dersu przeczytałem książkę Anne Bancroft "Współcześni mistycy i mędrcy" - książkę właśnie o "ja", opisywanym przez takich niezwykłych myślicieli, jak Alan Watts, Thomas Merton, Gurdzijew, Ramana Maharishi, Douglas Harding...

Na dwa miesiące przed Dersu przeczytałem "Drogę zen" Herrigela. Na miesiąc - "Wprowadzenie do buddyzmu zen" D.T. Suzuki. Zatem oglądając film Kurosawy już byłem w samym środku tego tematu. Nie musiałem szukać potwierdzenia dla Dersu. To raczej przesłanie Dersu było odpowiedzią na moje myśli. Nic dziwnego, że filozofia Dersu, tak przecież delikatna i ulotna, mnie uderzyła z ogromną siłą.

"Poprzez te bezosobowe spotkania adept zen staje się świadomy, że życie mu sprzyja tylko wtedy, gdy udaje mu się stworzyć właściwą relację w sobie samym. Odkrywa, że bycie szczęśliwym nie jest sprawą przypadku, lecz że jest to sztuka, której można się nauczyć, wznosząc się na coraz wyższy poziom intensywności. Dlatego by żyć właściwie, powinien on widzieć jasno kim sam jest, i powinien nauczyć się nie tylko bezosobowej relacji do świata zewnątrz ale również świata wewnątrz, by widzieć bez wypaczenia nie tylko naturę egzystencji, którą sam nie jest, ale również tą - którą jest.

W tej mierze, w jakiej stało się to dla niego zrozumiałe, będzie śledził esencję egzystencji, wszechobecną prawdę, której wartością są wszystkie bytujące istoty i on również."

"Droga zen" Eugen Herrigel

"Kontemplacja nie jest i nie może być funkcją zewnętrznego 'ja'. Jest przemożna opozycja pomiędzy głęboką transcendentną jaźnią, budzącą się w trakcie kontemplacji, a powierzchownym, zewnętrznym 'ja', zazwyczaj utożsamianym z pierwszą osobą liczby pojedynczej. Musimy pamiętać, że to powierzchowne 'ja' nie jest naszą prawdziwą jaźnią. Jest to nasza 'indywidualność' i nasze 'empiryczne' 'ja', lecz nie jest to ta prawdziwa ukryta i tajemnicza osoba, w której istniejemy przed obliczem Boga. 'Ja' działające w świecie, myślące o sobie, obserwujące własne reakcje i mówiące o sobie nie jest prawdziwym 'ja' zjednoczonym z Bogiem w Chrystusie. W najlepszym razie jest to szata, maska, przebranie tajemniczej i nieznanej 'jaźni', której większość z nas do śmierci, nigdy nie odkryje. Nasze zewnętrzne, powierzchowne 'ja' nie jest ani wieczne, ani duchowe. Jest od tego dalekie. To 'ja' skazane jest na całkowite zniknięcie, podobnie jak dym ulatniający się z komina. Jest kruche i nietrwałe. Kontemplacja w swej istocie jest świadomością tego, że 'ja' w rzeczywistości jest 'nie ja', jest przebudzeniem nieznanego 'ja' znajdującego się poza obserwacją i niezdolnego do samorefleksji..."

"Seeds of Contemplation" Thomas Merton (cytat z "Współcześni mistycy i mędrcy")

Część V