Ku zagładzie Strona startowa List do Pana L Możecie mi wierzyć, albo nie, ale dwa dni temu, zamiast tkwić przed telewizorem, wybrałem się na włóczęgę po ulicach. Gdy się nie ma żadnej roboty, to siedząc wciąż w domu można zwariować. Wielu z was na pewno wie o tym Rozmiar: 6855 bajtówdobrze. No więc poszedłem bez celu na miasto. Na rynku spotkałem pewnego faceta, który najwyraźniej szukał kogoś. Mimo tego, że było jeszcze zupełnie widno przyświecał sobie świeczką. Kiedy go spytałem kogo szuka, odpowiedział krótko, że "szuka człowieka". Zdziwiłem się, bo wokoło było mnóstwo różnych ludzi. "Jestem Marceli. Jak nazywa się człowiek, którego Pan szuka?" - spytałem niezbyt pewien, czy aby dobrze formułuje pytanie. W czasie gdy mi dość ciekawie odpowiadał, podjechał do nas jakiś samochód, z którego pośpiesznie wysiadło dwóch gości w białych chałatach. Po chwili zdziwiłem się poraz drugi, bo oni bez żadnego wyjaśnienia zabrali mojego rozmówcę. Zacząłem protestować, ale oni - bryzgając spomiędzy zębów plugawymi słowami - zagrozili, że mnie też mogą "zabrać do czubków". Wtedy dopiero uświadomiłem sobie, że nieznajomy był ubrany w płaszcz, spod którego wystawała doszczętnie sprana... pidżama.
Człowiek to brzmi... wieloznacznie

Interesuję się trochę sztuką, i wiem ilu artystów, których dziś uważa się za vgwielkich, swego czasu brano za stukniętych. Dajmy na to Vincent Van Gogh trafił do wariatkowa tylko dlatego, że obciął sobie kawałek ucha po kłótni z Paulem Gauguenem. Zrobił to, ponieważ prosiła go o to pewna dama... Camille Claudel, uczennica Augusta Rodina spędziła w "zakładzie" połowę życia, gdyż jej rodzinie nie podobało się, że spoza rzeźb świata nie widzi. Antonio Gaudiego omineło to Gaudico prawda, ale, wyobraźcie sobie, dopiero od kilkunastu lat uważa się go nie za dziwaka, lecz za najgenialniejszego współczesnego architekta, co jest o tyle ważne, że Gaudi nie żyje od prawie siedemdziesięciu lat.

Może więc i ten nieznajomy należał do takich niezrozumianych ludzi? To znaczy on by nie powiedział o sobie, że należy do ludzi, nie powiedziałby, że jest jednym z ludzi. Ów nieznajomy to właśnie mi tłumaczył. On nie szukał kogoś, tylko właśnie "człowieka". A człowiek - według niego - to ktoś wyjątkowy, samotny i wolny. Ktoś bezimienny, kto sam jest swoim imieniem, to znaczy kto jest sam sobie panem, kto żyje swoim własnym życiem, i jeszcze kto potrafi żyć bez ideologii - mniej więcej tak mi powiedział.

Nie znam się na filozofii, a na polityce to już zupełnie, więc nie wszystko z tego zrozumiałem. Wstyd powiedzieć, ale nie wiedziałem, co to jest "ideologia"? Zawsze słyszałem o takiej albo siakiej ideologii; nigdy o tym, czym jest sama ideologia. Po tym zdarzeniu wybrałem się do mojego przyjaciela, żeby mnie oświecił w tym względzie. On jest intelektualistą, takim, wiecie, okularnikiem o ciągle zasiniaczonych oczach od nieprzespanych nocy, kiedy to czyta stosy książek. Kacper, bo tak ma na imię mój przyjaciel, podał mi jakąś definicję, z której nic a nic nie zrozumiałem. Dlatego - tak jak to robią turyści słabo znający język tubylców - poprosiłem, żeby powtórzył jeszcze raz, powoli i wyraźnie. Kacper uśmiechnął się dobrotliwie i zaczął mi wyjaśniać.

- Człowiek - powiedział naśladując mój sposób mówienia - to takie zwierzę, które potrafi posługiwać się narzędziami. Już pierwszy człowiek rzucony na Ziemię, kiedy jeszcze nie potrafił powiedzieć ani me, ani be, łapał za kij i okładał nim wszystko, co się ruszało i dało zjeść. A jak się tego bał, to ciskał w to kamieniem. Nie inaczej jest dzisiaj, kiedy to ludzkość wydaje na konstruowanie nowych narzędzi służących do walki tyle, ile starczyło by na zapełnienie żarciem wszystkich pustych żołądków. Jak może wiesz mój drogi Marcelu - mówił już swoim głosem - język rówież jest narzędziem. Jest to najwspanialsze, najbardziej skomplikowane narzędzie, jakie skonstruował człowiek. Niestety, to narzędzie też można wykorzystać jako broń. Taką broń stworzoną z języka nazywa się właśnie ideologią.

Teraz załapałem! Człowiek - jak usiłował mi powiedzieć ten nieznajomy - to ktoś, kto nie walczy z innymi ludźmi; ktoś, kto nigdy nie staje po którejś z walczączych stron. Ucieszony jasnością własnych myśli opowiedziałem Kacprowi moją przygodę z wariatem. Mocno go to ubawiło, nie mam pojęcia czemu. Kiedy go o to spytałem chciał mi dać do przeczytania książkę o jakimś greckim filozofie, który żył, niczym jakiś ptarodaktyl, przed naszą erą.

- Nie nabijaj się ze mnie - powiedziałem mu. - Z takiej książki nic nie zrozumiem. Nie znoszę teorii. Daj mi coś z akcją, co się dzieje we współczesności. Coś o normalnym człowieku, a nie o jakimś brodatym mądrali. I żeby książka była cienka, bo nie lubię grubych. - Kacper poszperał trochę w swojej biblioteczce i dał mi małą, żółtą książeczkę.

- Był taki film - powiedział - "Samotność długodystansowca". Może widziałeś? - wzruszyłem ramionami, a on na to - Napisał to anglik, Alain Sillitoe. To opowiadanie o uczciwym człowieku.

Gdy zacząłem czytać tę książkę byłem pewien, że przyjaciel nabił mnie w butelkę, bo jej bohaterem jest złodziej. Ale nie łamałem się i czytałem dalej. Bohater za złodziejstwo, jako nieletni, trafia do poprawczaka. Tamtejszy szef mówi mu: "Jeżeli ty z nami będziesz grał uczciwie, my odpłacimy ci tym samym". I dalej: "Wymagamy uczciwej, pilnej pracy i dobrej postawy sportowej - powiedział jeszcze. - Jeśli spełnisz te dwa warunki, możesz być pewny, że my ze swej strony spełnimy swój obowiązek i odeślemy cię stąd z powrotem między ludzi jako porządnego człowieka". Kacper wcale nie stroił sobie ze mnie żartów! Oni, po prostu, ze złodzieja dopiero zrobią uczciwego człowieka.

W tym celu zaproponowali mu, by ćwiczył biegi długodystansowe. On początkowo nie chciał biegać, ale potem zgodził się. Zaczął współpracować, jak to mówią.

Ale dalej coś w tym opowiadaniu nie grało. Bohater wcale nie chciał być "przykładnym obywatelem". Biegi uprawiał nie po to, by stać się uczciwym człowiekiem, ale dlatego, że kiedy biegał, to czuł się wolny. Takie myśli chodziły mu po głowie: "Jestem człowiekiem, myślę, mam swoje sekrety, kołacze się we mnie życie, o którym on - dyrektor poprawczaka - pojęcia nie ma, o którym nigdy się nie dowie, bo jest głupi. (...) On jest głupi, a ja nie, bo umiem przejrzeć na wylot takich jak on, a on nie umie przejrzeć takich jak ja. (...) Kiedy do mnie mówi, a ja patrzę w tę jego kapralską gębę, wiem, że ja żyję, a on umarł. (...) Możliwe, że człowiek staje się trupem, kiedy bierze w ręce władzę nad innymi."

Słowo wam daje, chwilami myślałem, że ten chłopak to prawdziwy świr, bo ludzi chciałby stawiać pod ścianą i rozstrzeliwać. Bohaterów, którzy ochotniczo idą na wojnę zamykałby w więzieniu za usiłowanie samobójstwa. Najdziwniejsze jest jednak to, że uważał się za człowieka uczciwego, tak jakby istniały różne uczciwości, a nie tylko jedna, jak powszechnie wiadomo. Zresztą sami przeczytajcie: "...doszedłem do wniosku, że to, co dyrektor zachwala, wcale nie dotyczy człowieka, który się urodził i wychował w takich warunkach jak ja. Tacy ludzie jak dyrektor nigdy nie zrozumieją, że ja jestem uczciwy, zawsze byłem uczciwy i zawsze będę uczciwy. Brzmi to dziwnie. Ale to prawda, bo ja wiem, co znaczy uczciwość w moim pojęciu, a dyrektor zna tylko swoje własne wyobrażenie uczciwości. Ja uważam, że moja uczciwość jest jedyną prawdziwą uczciwością na świecie, a on to samo myśli o swojej. Właśnie dlatego w tym brudnym, wielkim domu, za murami i drutami, na pustkowiu, zamyka się takich chłopaków jak ja. Ale gdyby bat był w moim ręku, ja nie fatygowałbym się budowaniem takich domów, żeby w nich trzymać policjantów, dyrektorów, eleganckie kurwy, gryzipiórków, oficerów i posłów do parlamentu. Nie. Postawiłbym ich pod ściankę i rozwalił, jak oni dawno by zrobili z takimi jak my, gdyby, rozumie się, mieli pojęcie o prawdziwej uczciwości..."

Początkowo nic z tego nie kapowałem. Dopiero gdzieś w środku książki zaczęło mi świtać we łbie, czemu Kacper dał mi właśnie tę książkę. Otóż ten chłopak jednak toczył wojnę, ale nie robił tego przy pomocy jakiejś ideologii. On nie stał po którejś ze stron. On sam był stroną w tej wojnie. Z kim ją toczył? Z nimi. Tak, z nimi. Z ludźmi. Z tymi, którzy uważali się za jakichś "my". Na przykład z policjantem czy dyrektorem poprawczaka, z których każdy groził mu w imieniu jakichś ich. Co ciekawe, to nie on tę wojnę wywołał. Nawet nie wiedział kiedy wybuchła. Dowiedział się, że ją toczy dopiero w jej trakcie. Jest to wojna jaką społeczeństwo prowadzi z człowiekiem, który nie chce być częścią społeczeństwa; wojna moralności tłumu przeciw wewnętrznej uczciwości człowieka; wojna wolności na jaką pozwala społeczność, przeciw wolności jaką czuje w sobie pojedyńczy człowiek.

W praktyce wygląda to tak, że człowiek przychodzi na świat, a ludzie, jak tylko trochę podrośnie, chcą go przerobić na swoją modłę. Najpierw po dobroci, cacy cacy, w szkole. Potem, jak się buntuje to w domu wariatów albo, jak w tej książce, w poprawczaku, w wojsku, w więzieniu... A jeśli to wszystko go nie złamało, to na fotelu elektrycznym. Tak, to wojna nie na żarty. Oni są uzbrojeni po zęby, w wiele ideologii. Mają szkoły, policję, wojsko, prawo, politykę, religię, a i rodzinę mogą mieć, tak, rodzinę, choć nie ma o tym w książce. Bohater książki zaś nie miał nic. Nic, oprócz swojego rozumu, swojego własnego rozumu.

Ideologia dla innej idelolgii - tak to sobie teoretycznie tłumaczę - jest tylko pozornym wrogiem. W wypadku starcia się dwóch ideologii obie rosną w siłę. Zatem wszystkie ideologie są sprzymierzeńcami mimo tego, że pozornie walczą ze sobą. Ich prawdziwymi wrogami są ludzie, którzy nie uznają żadnej ideologii. Oni , gdy walczą, nie wspierają ideologii, lecz podkopują fundamenty całego systemu. To wrogowie wewnętrzni, samotni, dlatego trudno ich wykryć. A kiedy zwolennicy jakiejś ideologii wykryją takiego człowieka starają się go za wszelką cenę zniszczyć.

Po co walczyć w takiej wojnie? Czy można w niej wygrać? Czy jeden człowiek może pokonać cały tłum ludzi? Czy nie lepiej od razu poddać się? Pewnie tak, jeśliby się miało wybór. Ale w tym sęk, że się wyboru nie ma. Po prostu większość nie wie po której stronie się znajduje, a nawet nie wie, że toczy się jakaś wojna. Przecież nie piszą o niej na pierwszych stronach gazet, jak to jest w przypadku normalnych wojen. Tylko niektórym zdarza się dowiedzieć o tym. Ale wtedy i tak nie mają już wyboru. Strony zostały wyznaczone, reguły też. Matka stoi naprzeciw córki. Syn naprzeciw ojca. Nauczyciel naprzeciw ucznia. Policjant naprzeciw biedaka. Szef naprzeciew podwładnego. Wszyscy walczą ze sobą. Świat jest polem bitwy.

Jak wiecie nie znam się na filozofii, psychologii i takich tam... Nie potrafię tego inteligentnie wytłumaczyć. Być może istnieje jakaś siła, jakiś popęd strachu albo instynkt bezpieczeństwa. Wiem jednak, że większośc ludzi potrafi sprzedać samych siebie, byleby nie odróżniali się od innych. Zakładają garnitury powściągliwości, obowiązku, wierności zasadom i trzęsą portkami, bo boją się, że coś im się pomyli, że ktoś wytknie ich palcem. Sami sobie wmawiają, że nie żyje się samemu. Życie to rzecz poważna - mówią. - Reszta to dziecinada albo szaleństwo. O prawdach, mówią, o Bogu, i jeszcze o pięknie, o dobroci. Dla tych swoich najszczytniejszych idei przeklneli naturę. Wyparli się zmysłowej miłości. Ale to już dodaje od siebie, ponieważ bohaterowi opowiadania takie rzeczy jeszcze nie w głowie.

Nie będę pisał, jak kończy się ta historia; czy bohater wygrywa, czy przegrywa. To zresztą zależy z której strony patrzeć. Klęska może być zwycięstwem, czyż nie? Nawet jak zamkną kogo w poprawczaku albo w wariatkowie, to może to być dla niego szczęśliwym zrządzeniem losu.

O Camille Claudel tego bym jednak nie powiedział. Ta niesamowita kobieta - rzeźbiarz, nie mogąc tworzyć, spędziła u czubków trzydzieści lat. Anne Delbee napisała o niej wspaniałą książkę. Mam ją na mojej półce - jeśli wolno mi się pochwalić. Stoi obok "Listów do brata" Vincenta Van Gogha, "Noa Noa" Paula Gauguina i powieści Somerseta-Moughama pt. "Księżyc i miedziak", która jest właśnie o Gauguinie. To znaczy nie całkiem o nim, ale nie chce mi się teraz tego wyjaśniać. Jest w niej fragment, który mi się skojarzył z tymi wszystkimi zdarzeniami i rozmyślaniami.

"Sumienie jest u jednostki strażnikiem praw, które społeczeństwo ustanowiło dla własnej ochrony. Jest ono policjantem, umieszczonym w naszych sercach, by pilnował przestrzegania tych praw. Jest szpiegiem osadzonym w centralnej twierdzy naszego "ja". Pragnienie aprobaty jest w człowieku tak mocne, jego obawa przed krytyką tak silna, że sam wprowadził wroga we własne mury. Wróg ten pilnuje go, zawsze czujny w interesie swego pana, gotów zdławić każde na wpół ukształtowane pragnienie jednostki wyrwania się ze stada; zmusić ją do postawienia dobra ogółu nad własne.

To najsilniejsza więź łącząca jednostkę z ogółem. A człowiek, poddając się dobru, które uznał za ważniejsze od własnego, czyni się niewolnikiem swego dozorcy. Sadza go na honorowym miejscu.

A potem jak dworak płaszczy się przed królewską laską, co spada na jego ramiona, szczyci się wrażliwością swego sumienia. Nie znajduje słów dostatecznie ostrych dla tego, kto nie uznaje autorytetu sumienia. Jako członek społeczeństwa bowiem zdaje sobie dokładnie sprawę, że jest wobec niego bezsilny."

Nie wiem skąd się biorą ci, którzy nie należą do społeczeństwa, tacy jak ten długodystansowy biegacz. Oni nie są bezsilni. Prawda, że nie mają takiej broni, ideologii, którą mogliby walczyć z innymi, z ludźmi. Można ich zamknąć, odebrać wolność czynów, ale nie można im odebrać wolności myśli. Tego wariata - filozofa, na przykład, po naszej krótkiej rozmowie na pewno zamkneli w pokoju bez klamek, ale nie mogli odebrać mu jego myśli. "Człowiek to ktoś, kto samodzielnie myśli" - wtedy gdy mi to tłumaczył nie rozumiałem go.

Następnego dnia, po przeczytaniu książki wybrałem się ponownie do mojego przyjaciela.

- Teraz już wszystko rozumiem - zacząłem pewny siebie. - Jedyna wolność, którą każdy posiada, to wolność myśli!

- Mylisz się. Nikt nie ma takiej wolności - powiedział Kacper, a mnie jakby kto pięścią walnął w bebechy. - Widzisz Marcel, każdy jako dziecko przyswaja sobie jakiś język. Z językiem zaś przyswaja sobie swoisty sposób myślenia. Myśli bowiem, choć nietożsame ze słowami, są ukształtowane przez język ojczysty. Żaden język zaś nie jest neutralny. Język nie odbija rzeczywistości niczym lustro, lecz raczej naśladuje ją, podobnie jak czyni to mapa. Niektóre elementy rzeczywistości wyolbrzymia, inne ignoruje, uogólnia. Także porządkuje, a nawet w pewnym stopniu sam tworzy obrazy rzeczywistości. Ażeby poznać dokładnie wszystkie te wpływy, trzeba by poznać teoretycznie i praktycznie mnóstwo zupełnie różnych języków, a tego, jak mi wiadomo, nikomu jeszcze się nie udało.

- Nie ma wolności? - podsumowałem zrezygnowany nie mogąc dojść do siebie.

- Przynajmniej nikt nie poznał wolności myśli, jeśli takowa istnieje - rzeczowo poprawił mnie Kacper. - Język, jak ci to ostatnio mówiłem, jest narzędziem, a każde narzędzie dając nam pewne możliwości, jednocześnie odbiera nam inne, ogranicza nas.

- Ale można przecież skonstruować narzędzie uniwersalne. Czy nie można zrobić tego z językiem?

- Być może kiedyś, gdyby ludzie, podobnie jak dziś zajmują się budowaniem wciąż doskonalszych maszyn, zajeli się doskonaleniem języka... - uśmiechem dokończył zdanie mój przyjaciel.

- A jak to zrobić? - poszedłem za tą myślą, niczym wygłodniały myśliwy za zwierzyną. - Dajmy na to, jak wyrazić te dwuznaczności słów "człowiek" i "ludzie"?

Kacper wstał z krzesła i zaczął chodzić po pokoju w tą i spowrotem, jak to ma w zwyczaju.

- Rozumiem - odparł po chwili spaceru. - Człowiek raz jako ktoś wyjątkowy, a raz jako jeden z wielu. I odwrotnie. Ludzie jako szary tłum, albo kilka indywidualności.

- Tak - raczej skinąłem głową, niż powiedziałem, oczekując w napięciu.

- Oczywiście to, czego nie ma implicite w słowach, można zawsze wyeksplikować.

- Że niby jak? - dałem mu do zrozumienia z kim rozmawia.

- Być może po prostu mamy za mało słów. W takim wypadku trzeba je utworzyć. Najprościej byłoby od pojęcia "człowiek", jako jedności, utworzyć liczbę mnogą, a od pojęcia "ludzie", jako mnogości - liczbę pojedyńczą. Od "człowieka" powiedzmy: "człowieki", "człowiekowie", a od "ludzi": "ludź".

- Trochę dziwnie to brzmi - nie potrafiłem ukryć rozczarowania.

- Albo od "człeka": "człecy", co w odmianie brzmiałoby: "człeków", "człekom", "z człekami", "o człekach"- nie zwracając na mnie uwagi lingwizował przyjaciel - a z drugiej strony "lud" jak "wielkolud", rodzaj żeński to: "luda, ludka, lu..."

Picasso

- Wszystko ładnie - wpadłem mu w nowo tworzone słowo - tylko kto mnie zrozumie, gdy zacznę tak mówić?

- W tym cały problem - zatrzymał się, wyraźnie rozeźlony, że mu przerwałem kiedy miał natchnienie. - Te słowa powinny być w użyciu i mieć stałe znaczenie, gdyż znaczenie to w języku rzecz najważniejsza! - dokończył przemądrzale, by przypomnieć mi, że musi zniżać się do mojego poziomu, bo jestem laikiem, a on znawcą.

Przytaczania dalszego ciągu naszej rozmowy nie podejmuję się. Łatwo mógłbym coś pomylić, gdyż wciąż przybywało nam nowych słów. Ostro zabraliśmy się do ulepszania języka polskiego. Doszło do tego, że mnie i memu rozmówcy w pewnym momencie zaschło w gardle. Jako że na parzenie herbaty nie chcieliśmy tracić czasu, przyjaciel wyciągnął z barku flaszkę gotowego napitku. Rozmowa powoli zamieniała się w gorącą dyskusję. Oświadczyłem, że dalej tak być nie może. Postanowiłem utworzyć nowe państwo, w którym rządziliby człecy, a nie ludzie. Nazwałem je Człekostanem. Na poczekaniu wymyśliłem hasło bojowe, które mimo późnej pory głośno ćwiczyłem: Człekariusze wszystkich krajów łączcie się! Takim mianem bowiem określiłem działaczy o niepodległość człeczeńską.

Kacper zaczął spierać się ze mną, że tak nie można.

- Ludzie żyją po to, żeby człowiek był lepszy! - protestował. - Wszyscy, bez wyjątku, żyją po to, żeby było lepiej! I dlatego właśnie trzeba szanować każdego człowieka... Bo przecież nie wiemy, co on za jeden, po co się urodził i co jeszcze może zdziałać. Człowiek! To wspaniałe! - mówił patetycznie, czego się po nim nie spodziewałem. - To brzmi dumnie: człowiek! Człowieka trzeba szanować! Nie litować się nad nim... Nie poniżać go tą litością... Trzeba go szanować! Pijmy na cześć człowieka!

W końcu pogodzeni zaśpiewaliśmy chórem:

Brunetki, blondynki
Ja wszystkie was człeczynki
Cało-wać chcę!

Do domu dotarłem póżno, bo tyle miałem w głowie nowych słów, że wsiadłem do autobusu niewłaściwej linii. Gdy się zorientowałem o swoim fatalnym roztargnieniu, postanowiłem dowiedzieć się dokąd dojechałbym tym autobusem. Niestety, do pasażerki, która siedziała obok mnie, nieopatrznie zwróciłem się per "ludzino", co wyraźnie jej się nie spodobało. Wysiadłem z autobusu przy pierwszej sposobności i zklnąłem pod nosem owego wariata, ponieważ to od niego wszystko się zaczeło.

Mocno postanowiłem sobie nigdy nie rozmawiać z nieznajomymi, którzy w pidżamie pod płaszczem, ze świeczką w ręce szukają nie wiadomo kogo. Na Kacpra, mimo naszej przyjaźni, też rzuciłem kilka ciężkich obelg, bo to przecież on, tym nieopanowanym słowotwórstwem, zrobił mi wodę z mózgu. Wyobraźcie sobie, ten przemądrzalec chciał mi pożyczyć jeszcze jedną, jak mówił, podobną książkę: jakiegoś Lawrence'a "Kochanek lady" jakiejś tam. Oczywiście odmówiłem, bo taki głupi to ja nie jestem, by nie odróżnić erotyku od zwykłej powieści.

Człowiek jest człowiekiem, a ludzie są ludźmi - głupio pocieszałem się pieszo wracając do domu. Chociaż nie przeczę, każdy chciałby widzieć siebie i innych jednoznacznie. Czy pamiętacie ten film Akiry Kurosawy z trzema bohaterami i z trzema wersjami jednej historii? Nikt tego lepiej nie ujął. Każdy chce widzieć siebie jako bohatera, bezwględnego drania czy jego bezbronną ofiarę, innych zaś jako przyjaciół lub wrogów. Tak, wszyscy pragniemy jednoznaczności. Życie jest jednak wieloznaczne. Cholernie wieloznaczne! Dlatego, daje za to głowę, nie ma ludzi wszystkowiedzących. Zapewne i mój przyjaciel myli się w niejednym. A jeśli nawet nie ma wolności myśli, to czy wolność nie może istnieć gdzieś poza materią i poza myślami? Bo ja wiem, może istnieje jakaś wolność świadomości, której nawet śmierć nie jest w stanie nam odebrać? Czytałem kiedyś Japońskie Wiersze Śmierci, więc wiem coś o tym. Jakże cudowne jest malarstwo, rzeźba, architektura... W nich ta wieczna świadoność potrafi tworzyć bez pośrednictwa intelektu. Pewnie dlatego wielkich artystów uważa się za szaleńców - potrafią obejść się bez języka. Kacper byłby innego zdania, ale niech go...!

Gdy wróciłem na stole leżała jeszcze książka Somerseta: biografia malarza, niby Paula Gauguina. GauguinPomyślałem, że zanim zmoży mnie senność, poczytam trochę. Przypadkiem otworzyłem ją na stronie, gdzie autor zapisał taką myśl: "Każdy z nas jest sam na świecie. Zamknięty jakby w twierdzy, może porozumiewać się z bliźnimi jedynie za pomocą znaków, a znaki nie mają wspólnej wartości, ich znaczenie jest niejasne i wątpliwe. Staramy się usilnie przekazać innym skarby swego serca, ale oni nie umieją ich przyjąć; idziemy więc samotni obok siebie, lecz nie razem, niezdolni poznać innych ludzi i nie znani przez nich. Jesteśmy jak ludzie żyjący w obcym kraju, którego językiem władają tak słabo, że choć mają do powiedzenia rzeczy piękne i głębokie, skazani są na banały z samouczka. W mózgu ich kłębi się wir myśli, a umieją jedynie powiedzieć, że parasolka ciotki ogrodnika znajduje się w domu."

Suszy mnie teraz okrutnie, głowa mi pęka, lecz mimo tego nie żałuję. Może nie przybyło mi wiedzy, jakby wręcz przeciwnie, ale chyba jestem mądrzejszy. Dlatego mam prośbę do was wszystkich, którym zależy na mnie. Nie zadawajcie mi pytań, nie wymagajcie ode mnie bym wiedział i nie myślcie, że coś z tego rozumiem. Nawet nie mam pojęcia, po co to wszystko piszę. Wiem tylko tyle, że nie jesteście w stanie spełnić mej prośby, a przecież ta skromna wiedza jest już ponad moje siły. Przy życiu - a czuję się dziś tak kiepsko, że żyć się odechciewa - trzyma mnie jedynie nadzieja, iż jest gdzieś człowiek, ta jedna jedyna osoba, która potrafi podzielić moje filozoficzne szaleństwo, a ja ją odszukam, zanim ludzie w białych kitlach odszukają mnie i zabiorą do domu bez klamek.