Concerto de revolutionibus - Andante maestoso Strona startowa 'Sekta' Księdza Proboszcza
andante Maestoso Concerto de Revolutionibus

Współczesny człowiek nie czeka na Boga. Siedzi zamknięty w swym domu-więzieniu i tępo wpatrzony w telewizor, czeka na kolejny teleturniej. Współczesny człowiek nie wychodzi do Boga. Wychodzi tylko na piwo. Współczesny człowiek nie rozmawia z Bogiem. Wrzeszczy tylko, że jakiś polityk jest złodziejem. Współczesny człowiek nie zauważa przechodzącego obok niego Boga, Bóg jednak zauważa człowieka. Nie odwraca się od niego. Szanuje jego wolną wolę, nawet wtedy, gdy prowadzi człowieka do samozagłady.


Człowiek nie pamięta Boga. Bóg ma zdecydowanie lepszą pamięć niż człowiek. Pamięta, że kiedyś przyjaźnili się. Kiedyś byli nierozłączni. Niestety zdarzyło się raz tak, że człowiek wpadł na jakiś pomysł. Ta myśl spodobała się człowiekowi. Nie spodobała się jednak Bogu, ponieważ była martwa. Człowiek wypowiedział tę myśl i wkrótce wprowadził w czyn, pomimo protestów Boga. Nie ważne, jaka konkretnie była to myśl. Ważne, że ich podzieliła. Już ta myśl była grzechem. Nie czyn. Czyn był tylko konsekwencją myśli. To myśl zrodziła piekło.


Człowiek nie zauważył tego, że stracił w Bogu przyjaciela. Nie zauważył tego, że poprzedni sens jego życia współdzielonego z Bogiem, został zastąpiony robieniem tego, co sam sobie wymyślił. Z czasem zapomniał o swoim dawnym przyjacielu. Jednakże przyjaciel nie zapomniał o człowieku. Bóg więc przyszedł do człowieka i przemówił do niego. Przemówił jednak tajemniczo. Nie wspomniał ani słowem o sobie. Nie powoływał się na dawną przyjaźń. Nie stawiał się człowiekowi za autorytet. Nie powiedział też ani słowa o człowieku. Nie robił mu wyrzutów. Nie oskarżał go. Bóg zadał człowiekowi jedno pytanie. Dziwne pytanie. Wskazując na dorobek człowieka, na jego dzieło, czymkolwiek ono było — jego myślami, słowami, czynami, rzeczami — zapytał, gdzie w tym jest życie?


Sens życia jest tajemnicą Boga. Człowiek nie powinien oceniać nikogo i niczego jako dobrego lub złego, pięknego lub brzydkiego, mądrego lub głupiego, bo wtedy przekreśla tę boską tajemnicę i dzieli świat na dwoje. Tak naprawdę zresztą to nie świat dzieli, ale sam siebie dzieli na dwie połowy. Być może na tym polega cały dramat życia człowieka, że z własnej woli żyje podzielony wedle tego niszczącego podziału. Jedyną tragedią człowieka jest to, że sam siebie niszczy. Jednakże i tego dramatu nie powinien oceniać jako złego. Człowiek bowiem rodzi się dopiero. Przed swym narodzeniem wzbrania się jak może. Wije się w bólach, bo mając do wyboru cierpienie lub nieznane wybiera to, co dla niego znane — cierpienie. Rodzi się dopiero wtedy, gdy cierpienie jest już ponad jego wytrzymałość na ból.


Narodziny człowieka są szalonym wzlotem. Człowiek narodzony tkwi na wyżynach, gdzie z całą swą mocą dociera ciepło i jasność miłości bożej. Do szczęścia nic oprócz samego siebie mu tu więcej nie potrzeba. Człowiek nienarodzony tymczasem pozostaje w mrocznej dolinie, w chłodzie, przygnieciony ciężarem życia, które wedle niego tylko do niego należy. Nie oczekując z nikąd pociechy, pociesza się w swej niedoli jak potrafi, częstokroć tracąc tym honor i zdrowie. Tych dwoje nie żyje jednak osobno. Człowiek na wyżynach odkrywa w sobie uczucie obce mu dotąd — współczucie. Odkrywa, między nim, a człowiekiem w dolinie więź, która teraz, jak nigdy dotąd, jest pełna napięcia. Człowiek z wyżyn nie potrafiąc spokojnie patrzeć na cierpienia człowieka w mrocznej dolinie pragnie namówić go, by ten dołączył do niego, by wspiął się do góry. Okazuje się jednak, że jest to bezskuteczne. Albowiem człowiek z wyżyn przemawia do rozumu człowieka w dole, a to przecież właśnie rozum jest ciężarem, który trzyma go w mroku i w chłodzie. W rezultacie więc takie namawianie do wspięcia się na górę tylko potęguje jego cierpienia.


W tym początkowym okresie nie raz sam często zostaje pociągnięty ku dołowi, lecz jego wzlot za każdym następnym razem jest już łatwiejszy, ma bowiem coraz więcej wiary, oddania, zaprzeczenia samemu sobie. Doświadczając tego, człowiek na wyżynach powoli zaczyna pojmować, że wzlot nie jest zależny od racjonalnej woli człowieka. Wręcz przeciwnie. Człowiek winien się wyzbyć tej woli, by zostać wzniesionym ku górze przez wolę bożą. Zrozumiawszy to, człowiek tkwiący na wyżynach przestaje mówić do rozumu człowieka w dolinie, a zaczyna przemawiać do jego serca. Już nie namawia go do podjęcia innego, lepszego życia, ale tylko pokazuje mu, że można żyć inaczej. Człowiek z wyżyn poczyna zatem „mówić” do człowieka w dole nie słowami, lecz obrazami — przemawiać zaczyna tylko i wyłącznie „przypowieściami”.


Po zagubieniu Boga, zapomnieniu o ich przyjaźni, walce człowieka z samym sobą, po jego narodzinach, po zebraniu własnej, intymnej wiedzy o sobie samym i świecie nadchodzi moment szczególny. Człowiek czuje, że Bóg chce go sobie oswoić, że chce się z nim zaprzyjaźnić. Człowiek też taką potrzebę odnajduje w sobie. Po tej długiej drodze, w ogromie przestrzeni wszechświata dwie istoty spoglądają sobie w oczy i uśmiechnąwszy się do siebie czują, że nic ich nie różni, nie dzieli. Przeciwnie. Są rozradowani odczuwaniem niezwykłej więzi. Coraz goręcej pragną tę przyjaźń pogłębiać. Zaczynają dokonywać wielkich czynów, czując jednakże, iż czyny te są tylko pretekstem do wzajemnego bycia razem. Co nimi kieruje? Jaka myśl, jaka idea? Sami tego nie wiedzą i wiedzieć nie potrzebują. Nie ma już żadnej myśli pomiędzy nimi. Są jednością, którą byli na początku.