Jak latają martwe motyle? Strona startowa Andante
andante Maestoso Concerto de Revolutionibus

Myliłem się. Nawet już zacząłem mówić sobie, że byłem głupi i przemądrzały, ale właściwie cóż w tym, że się myliłem zaskakującego? Wszyscy śnimy swoje życie. Wobec tego mówiąc cokolwiek, mówimy to przez sen. A czyż można wierzyć w słowa człowieka mówiącego przez sen? Wyobraźmy sobie taką historię. Było sobie szczęśliwe małżeństwo. Szczęśliwe jednakże do czasu, bowiem pewnej nocy mąż przez sen powiedział coś, co jego żona - usłyszawszy - zrozumiała jako jego wyznanie miłości, lecz nie jej tylko innej kobiecie. Od tego dnia zaczęła podejrzliwie przyglądać się mężowi. Potem zaczęła go sprawdzać. Nie znajdując żadnych dowodów na jego niewierność sprawdzała go tym bardziej gorliwie. Zaczęła nawet wystawiać swego męża na próby aranżując sytuacje, w których mógłby ją zdradzić. W końcu podejrzliwość doprowadziła ją do obłędu - zabiła męża i siebie. A przecież mogli żyć szczęśliwie. Oto do czego doprowadza nas wiara w słowa mówione przez sen. Rujnujemy własne życie, zabijamy innych i samych siebie, bo wierzymy w sens tego, co wypowiadamy i myślimy. To nie słowa są wartością - tylko zwątpienie.


Myliłem się. Początkowo myślałem, że ta książka będzie miała trzy rozdziały. Miała być tylko podsumowaniem tego, co przeżyłem dotąd. Dopiero w trakcie jej tworzenia okazało się, że powinienem dopisać ostatni rozdział. Rozgrywa się właśnie - rozgrywa we mnie - spotkanie dwóch światów - świata oświecenia ze światem miłości. Jest to niesamowita konfrontacja. Jakże mógłbym ten ważny fakt pominąć? Jakże nie opisać tego trzęsienia ziemi? Co prawda wszystko to jest jeszcze świeże, opis więc może być naiwny, ale bez tego, co zrozumiałem właśnie teraz wszystko to, co napisałem wcześniej było by niepełne. To tak jakby pisarz pisząc historię kryminalną, znudzony pisaniem przerwał tuż przed wyjaśnieniem zagadki. Dla autora bowiem jest rzeczą oczywistą kto jest mordercą, ale nie dla czytelnika. Karygodne lenistwo, a książka taka nie warta swej ceny.


Myliłem się. Nie pierwszy raz zresztą. Przez całe lata wydawało mi się, iż jedno z głównych założeń Chrześcijanizmu jest fałszywe. Kościół bowiem twierdzi, że Chrystus był we wszystkim nam podobny oprócz grzechu. Uważałem, że to bzdura, bo czyż był On żonaty, czy kochał kiedykolwiek kobietę i swoje dzieci? Tymczasem okazało się, że nie religijna prawda, ale ogólnie przyjęte pojęcie "miłości" jest fałszywe. Jest to istny omam tłumów, bo przecież większość powieści, piosenek, filmów właśnie o tym opowiada. To niewiarygodne, niesamowite! Wmawia się nam z trudnym do pojęcia natężeniem i częstotliwością istnienie czegoś, czego po prostu nie ma. Owszem jest namiętność, lecz jest ona cechą charakteru. Można być z natury namiętnym, ale mnóstwo ludzi nie posiada tej cechy, a przecież nie są oni ułomni. Miłość do własnych dzieci też pewnie nie istnieje. Och, iluż rodziców dobrze by zrobiło zamiast kochać swe dzieci, oswoić je sobie. Zamiast starać się odpowiednio je wychować, po prostu zaprzyjaźnić się z nimi.


Myliłem się. Przyznaję się, chociaż jak rzekłem, jestem tylko istotą ludzką, ograniczoną, której słowom nie można ufać. Co więcej nie studiowałem żadnych nauk - psychologii czy teologii. Zrozumiałem nawet coś, co stawia wszystkie do tej pory przeze mnie napisane teksty pod znakiem zapytania. Albowiem wtedy, gdy je pisałem uważałem, że Bóg nie chce z nami rozmawiać. Byłem przekonany o tym, że modlitwa jest tylko żałosnym monologiem, że jest tylko zbiorem naiwnych próśb. Dziś z pokorą wątpię w moje dawne poglądy. Tak, jak wszystko na tym świecie i język jest dziełem bożym. Ludzki wkład w to dzieło raczej nie przynosi nam chwały. Zakłamaliśmy język. Wypaczyli pojęcia. Bóg niechętnie z nami rozmawia z prozaicznego powodu - milczy, dlatego że trudno Mu się z nami dogadać. Im mniej w nas zakłamania, im rzadziej z naszych ust wychodzi wypaczone słowo tym chętniej podejmuje z nami dialog. Pewnie dlatego mówi się, że Bóg upodobał sobie prostaczków.


Myliłem się. Przedkładałem mądrość buddyjską nad chrześcijańską, wschodnią nad zachodnią. Tymczasem obie są sobie potrzebne. Jedna uzupełnia braki drugiej. Każda z osobna w pełni nie tłumaczy świata, a jedynie w części. Bowiem każda z nich przed mistykiem wyznacza inną drogę do poznania. Zen, które wedle mnie najtrafniej oddaje mądrość wschodu, jest bezpośrednie. Zmierzając jednak prosto do celu omija to, na czym stoi Chrześcijaństwo - Osobę Bożą. Buddyzm zen jest niczym lot samolotem. Świadomość nasza rejestruje tylko moment startu i lądowania. Podróż w stylu chrześcijańskim przypomina raczej jazdę pociągiem do tej samej dalekiej krainy. Podróż to niełatwa, ale urokliwa. Po drodze zaś poznaje się nadzwyczaj ciekawe osoby.


Myliłem się. Tak, myliłem się, bo to przecież ja naiwnie wierzyłem w to, że nie ma osobowego Boga, że jest tylko Duch, Niebyt, Pustka... Nic w tym dziwnego, bo moje dziecięce doświadczenia mistyczne nie były związane z religią. Wręcz przeciwnie - ze zdarzeniami zupełnie prozaicznymi. Bowiem zdarzało się, nie raz, doświadczałem doskonałości. Doświadczałem doskonałości, której nie mogłem traktować jako własnej, gdyż gdy ona się zdarzała, mnie nie było. Nie rozumiałem tego do czasu, gdy przemówiła do mnie wspomniana już książka Herrigela. Wtedy zrozumiałem to, co teraz mogę tak opisać: Bywa, bowiem któż to wie czemu lub komu przypisać rolę sprawczą, że Ja zostaje zanurzone w Niebycie. Osoba jednakże ciągle pozostaje w świecie materialnym. Wtedy, gdy świat wymaga od Osoby działania, zdarzenia dzieją się. Dzieją się doskonale. Bez chwili zwłoki. No bo jak by to wyglądało, gdyby wola boża potrzebowała czasu do namysłu, albo możliwości wniesienia poprawek?


Myliłem się. Zrozumiałem rzecz nadzwyczaj ważną, która stawia całą sprawę w innym świetle - być może w boskim świetle. Otóż ma Chrześcijanizm pewne dwie prawdy. Po pierwsze przyjmuje się, że Bóg jest w trzech osobach. Jest to bodaj największa "tajemnica" tej religii. Po drugie zaś uważa się, że człowiek został stworzony na podobieństwo boże. Na zdrowy rozum te dwie prawdy wydają się być ze sobą sprzeczne. Tymczasem tak, jak to było w przypadku "miłości" to świat jest w błędzie, nie święte księgi. Jest Bóg, jest Osoba boża, jest Duch. To, co zwiemy Bogiem to Ja. To owo "tat twam asi" - ty jesteś tym, czyli bytem absolutnym - ze słynnej hinduskiej sentencji. Bóg jest jednak także osobowy, to właśnie Osoba, Jego osoba. Duch zaś jest sferą nam wspólną. Duch, Niebyt, Pustka, Pusty Obłok - jak zwą go Buddyści - to boskość, która z miłością chce przeniknąć wszystko, a od której my tak często się odcinamy. Zatem Bóg i Człowiek są tak samo złożeni z Ja, Mojej i Ducha.


Myliłem się. Jaka jest więc pewność, że i teraz się nie mylę? Jaka jest pewność, że jutro nie zmienię zdania? Nie ma żadnej. Coś mi się śni, mówię przez sen, któżby w to wierzył? A nawet jeśli wszyscy śnimy i tylko tak możemy się ze sobą porozumiewać to czyż komuś, kto tak często się myli i w tak ważnych sprawach można wierzyć? Nie. Dlatego nie to jest moją intencją, by kogokolwiek o czymkolwiek przekonywać. Publikacja tych tekstów jest wyzwaniem rzuconym wielkim i maluczkim tego świata. Książkę tę kieruję do tych, którzy mają władzę duchową - tu w świecie zachodnim, jak i na Wschodzie. Kieruję ją też do tych, których całym majątkiem są ich pełne miłości serca. Spójrzcie na dziecko. Na dziecko uczące się mówić. Ono nie tylko "uczy się mówić". Ono buduje w sobie świat. Buduje go na podstawie mądrości zawartej w języku - lingwazofii. Przemiana świata leży między innymi właśnie w zrozumieniu tej zawartej w języku mądrości. Jest to zupełnie konkretne zadanie.