Passionato Strona startowa Vivace
andante Maestoso Concerto de Revolutionibus

Jako że książka ta składa się z czterech rozdziałów po cztery teksty to mam nadzieje, iż nikt mi nie zarzuci, że plotę w niej trzy po trzy. W ogóle śmieszna sprawa z tą książką. Jej pomysł pojawił się jakby samoistnie. Ja tylko mogłem go zaakceptować lub nie i zająć się realizacją. Ciekawe co się stało takiego, że z dnia na dzień uznałem prawo tychże tekstów do publikacji? (Dotąd ukazały się drukiem tylko dwie bajki). Myślę, że to we mnie coś się zmieniło. Moja do tego dojrzała. Z pewnością duży wpływ na to miał fakt, iż uporałem się w końcu z jednym z najtrudniejszych pojęć, z jakimi borykamy się w życiu - ze słowem "miłość". Stało się to za sprawą mojego małżeństwa, chociaż problem był o wiele starszy. Przez kilka lat wyrzucałem sobie, że nie kocham żony tak, jak powinienem i jak pewnie mógłbym kochać inną kobietę. Wciąż miałem nadzieję, że ta prawdziwa miłość jeszcze mnie w życiu spotka. Dopiero teraz, niedawno zrozumiałem, że miłość nie jest uczuciem wynikającym ze związku z innym człowiekiem. Miłość mamy lub jej nie mamy w sobie. Miłości nie można ukierunkować. Nie można powiedzieć: kocham ciebie i wyłącznie ciebie. Kiedy mówię "Kocham cię Żono" to tak jakbym jednocześnie mówił: kocham cię świecie i ciebie kocham - życie moje i ciebie - Mariuszu. To, co nas naprawdę łączy z innymi ludźmi to nie miłość, ale zaufanie, owo wzajemne oswajanie się, o którym tak pięknie napisał Saint-Exupery w "Małym Księciu". Zatem cały czas wszystko było w porządku. To tylko moje niejasne wyobrażenie miłości wprowadzało cierpienie w nasze życie. I tak jest z większością ludzi - żyją w strasznym zamęcie pojęć. Tak trudno uświadomić sobie, że jest wiele różnych sposobów, w które oswajamy się z innymi ludźmi i ich oswajamy z sobą: małżeński, przyjacielski, rodzicielski... Nikogo nie może posiąść na własność. Może go tylko sobie oswoić na jakiś sposób. Miłość zaś jest tylko jedna, niepodzielna, stała. Jest wszędzie. Dosłownie wisi w powietrzu. Wystarczy otworzyć się na nią. Nawracajcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie - nie bliskie w czasie jakby się wydawało, ale w przestrzeni.

Mamy rok 2002. Już kiedy zdecydowałem się na wydanie moich tekstów w formie książki zdałem sobie sprawę z tego, że Arsenjew spotkał Dersu w roku 1902 czyli sto lat temu. Moja natomiast poznała Jego dzięki filmowi Kurosawy równo dziesięć lat temu. Być może to tylko przypadkowa zbieżność, ale owa okrągłość lat nastraja do dokonania jakiegoś podsumowania. Cóż można powiedzieć o tych stu latach? Że był to wiek wielkich, światowych wojen, ale czyż nie były one konsekwencją tego, że świat staje się jedną, wielką wioską? Można powiedzieć, iż był to wiek techniki, lecz czyż ludzkość zawsze czegoś tam nie wynajdywała, udoskonalała? Zaryzykowałbym bardziej oryginalne stwierdzenie. Otóż mniej więcej właśnie sto lat temu powstał pewien język. Przez to stulecie był kształtowany, rozwijany, rozpowszechniany. Dziś niezliczona liczba osób na całym świecie potrafi się nim porozumiewać, albowiem jest to język uniwersalny. Polak, Japończyk, Argentyńczyk, człowiek z Afryki czy Polinezji... każdy może spotkać się z każdym i wymienić tym, co ma w sobie najcenniejsze - uczuciami. Językiem tym jest jazz.

Jak pisze B. L. Whorf wśród lingwistów zdarzają się tacy dziwacy, którzy całe swe życie potrafią poświęcić studiom nad celownikiem. Szaleństwo, nieprawdaż? Ja przez ostatnie dziesięć lat postępowałem podobnie. Spędziłem ten czas na rozważaniach o zaimkach i jeszcze kilku innych słowach takich, jak "się", "Bóg" czy "miłość". Bynajmniej jednak nie uważam tych lat za czas zmarnowany. Był to okres "dostrajania się". Cóż to znaczy? Otóż wedle mnie każdego człowieka, który ma coś do powiedzenia innym można porównać do muzyka i instrumentu zarazem. By zachwycić swych słuchaczy, by ich poruszyć ów człowiek powinien nie tylko być dobrym muzykiem, ale też dobrze nastrojonym instrumentem. Ważne jest to, co ma do powiedzenia, ale równie ważne jest to, jak chce to powiedzieć. Objaśnię to przykładem. Dajmy na to, że jakiś Kaznodzieja próbując mnie ewangelizować, powie: "Bóg cię kocha". Trudno mi zaprzeczyć tej prawdzie, ale trudno mi też na nią zgodzić się bezwarunkowo. Melodia niby poprawna, ale brzmi to dla moich uszu fałszywie. To tak, jakby dobry muzyk zagrał na rozstrojonym instrumencie. Jeśli jednak ów Kaznodzieja powie: "Absolut jest miłością, którą i Ty w swej istocie jesteś" to brzmi to w moich uszach niczym finezyjna melodia zagrana na nienagannym instrumencie. Melodii takich mógłby zagrać nieskończenie wiele i wszystkie zabrzmiałyby równie przekonująco. Jakby tego było mało to jeszcze każda kultura ma swe własne skale muzyczne - żadna z nich nie jest gorszą. U podstaw zaś leży naturalne, człowiecze poczucie harmonii. Czemuż nie potraktować świata ze wszystkimi jego religiami i światopoglądami jak jednej, olbrzymiej orkiestry? Tu są trąbki, z lewej skrzypce, z tyłu bębny - czyż ta różnorodność brzmień nie jest wspaniała? Nie my tę muzykę tworzymy. Nie naszym zadaniem jest dyrygowanie tą orkiestrą. Cała praca, jaka tak naprawdę nam pozostaje to nastroić swe instrumenty i dać poprowadzić się muzyce.

Pewnie zarzucić mi można, że "wymyślam", że niezrozumiale "filozofuje", że "dziele włos na czworo", ale to, co zwiemy "chłopskim myśleniem", "naturalną logiką", "zdrowym rozsądkiem" odniosło już wielokrotnie porażkę. Nie sposób dłużej trzymać się tego prostego, czarno-białego wyobrażenia świata. To znaczące, iż tekst ten powstał w czasie trwania spotkania w Asyżu - spotkania przedstawicieli religii z całego świata - spotkania będącego reakcją na wydarzenia 11 września. Światu nie potrzebna jest dominacja jakiejś religii, dominacja jakiegoś jednego światopoglądu. Nie trzeba nam też tworzyć zupełnie nowej religii, czy też mieszać tych religii, które już są. Wszystkim nam potrzeba nabyć pewnej sztuki, którą posiedli już niektórzy artyści. Bowiem tak, jak muzykom jazzowym, którzy grając jednocześnie słuchają tego, co jest grane przez ich towarzyszy, tak też przywódcom duchowym wszystkich Wiar oraz samym Wiernym potrzebna jest niełatwa umiejętność podzielnej uwagi. To wymaga wieloletniej praktyki, koncentracji, skupienia, a nade wszystko akceptacji - akceptacji dla innych i dla naszych własnych działań. I na wzór jazzowych muzyków, z których każdy ma chwilę na solową improwizację, my powinniśmy przeplatać się w naszych modlitwach i medytacjach.

Innym problemem w myśleniu w stylu zachodnim jest zwyczaj brania w cudzysłów. Nasz styl myślenia daje nam prawo do wzięcia każdego pojęcia w cudzysłów i dopisania do niego znaczenia, jakie nam jest wygodne. Jezus, jeśli wolno mi dać taki przykład, starał się jak tylko mógł wyrazić to, co miał do powiedzenia w sposób najprostszy, najbardziej czytelny. Mówił o tym, że kto nie stanie się jak dziecko, nie wejdzie do królestwa niebieskiego. Nie było to jakieś filozoficzne rozważanie, żadne błyskotliwe porównanie. Jezus po prostu wskazał na dziecko. Chciał żebyśmy zrozumieli jego słowa jak najdosłowniej. My tymczasem stworzyliśmy sobie pojęcie "dziecięctwa bożego". Z pełną nabożnej powagi dumą nazywamy siebie "dziećmi bożymi", tylko ile to ma wspólnego ze słowami Jezusa? On wiedział, że myślenie to nie tylko składanie w myślach pojęć, to nie tylko rozważanie tego, co może nastąpić. Wiedział dobrze, że dzieci myślą całym sobą. Wiedział, że są myślane. Wiedział, że działanie wypływa z nich bez wątpliwości, doskonale. Gdyby dziecko potrafiło myśleć jak dorosły, gdyby potrafiło rozpatrywać i decydować nigdy by nie nauczyło się chodzić czy mówić. Po pierwszych próbach przemyślałoby swoje szanse i zrezygnowało. Dla nas, dorosłych właśnie to jest największym hamulcem - rozpatrywanie naszych szans i podejmowanie racjonalnej decyzji.

Język nie jest jedynym czynnikiem kształtującym nasze widzenie i rozumienie świata oraz nas samych. To, że tak wielki kładę nacisk właśnie na ów wpływ języka, a pomijam inne bierze się stąd, iż moje pole widzenia i możliwości opisu są ograniczone. Nie wykluczam wszakże i innej interpretacji. Możliwe bowiem, że zostałem obdarowany jakimś darem - darem języków. Zostało mi dane wejrzeć w sam język, w jego istotę. Jakkolwiek by nie było, nikt nie powinien wyrabiać sobie opinii na ten temat tylko na podstawie lektury tej książeczki. Mówiąc inaczej za to, że śnimy nasze życie nie powinniśmy winić tylko język. Na przykład popełniamy olbrzymi błąd krzewiąc przede wszystkim religijność, która w każdej kulturze jest odmienna, a nie mistycyzm, który dla wszystkich ludzi jest wspólny. A przecież jest wspaniały znak równości pomiędzy Chrześcijaństwem, a Buddyzmem i może też pomiędzy innymi religiami. Polega to na tym, że trzeba dojść do ostateczności. Trzeba dojść do sytuacji, gdy nie radzimy sobie z sobą, z naszym życiem. Dopiero wtedy można oddać swoje życie Bogu czy też doznać Oświecenia. Bowiem tym być może najważniejszym momentem w życiu chrześcijanina i buddysty jest dzień, w którym wyrzeka się on swego "ja". Tak naprawdę zresztą jest to naturalny mistycyzm - podstawa wszystkich religii. Dostajemy swoje życie i jeśli ono nam wystarcza, jeśli odpowiada nam ono takie, jakim jest to mamy prawo je zatrzymać do śmierci. W przeciwnym przypadku mamy inne wyjście. Możemy wyzbyć się go, zwrócić je. Jeśli nam się to uda dostajemy je z powrotem przemienione, nieśmiertelne.

Można powiedzieć, że prawdziwymi Buddystami nie są Ci, którzy wierzą w Buddę, ale tylko Ci, którzy doznali oświecenia tak, jak Budda. Podobnie Chrześcijanami nie są Ci, którzy wierzą w Chrystusa. Chrześcijanami są tylko Ci, którzy noszą w sobie miłość chrystusową. Wobec takiego postawienia sprawy wiary z tych statystycznych setek milionów wiernych nagle zostanie nam garstka ludzi, których doświadczenia życiowe czynią ludźmi na wzór Buddy i Chrystusa. Wystarczy porozmawiać z kimś, kto tylko chodzi co niedziela do kościoła z kimś, kto rzeczywiście spotkał na swej życiowej drodze Chrystusa, by przekonać się o różnicy. Wszakże należy pamiętać, że wszystko to tylko martwe, symboliczne etykietki, które przypinane są do żywych, niepowtarzalnych człeków. Każdy może ich sobie przypiąć ile uważa za stosowne. Może jednak lepiej w ogóle z nich zrezygnować, ponieważ przypinając je, wbijamy w tych żywych ludzi szpilki. Później zaś patrząc na ludzi przyszpilonych do maty wierzymy, że ciągle są tacy sami, jak przed przyszpileniem.

Myślę, że powstanie odmiennych dróg do jedynego Boga ma swój początek u wieży Babel. Bóg pomieszał ludziom języki po to, by droga do Boga była drogą człowieka, a nie ludzkości, drogą pojedynczej osoby, a nie masy ludzkiej. Powstanie wielu religii było tylko tego konsekwencją. Znawcy tematu wysuwają kilka teorii tłumaczących zagadkę powstania wielu religii - teoria szczytu górskiego, teoria tęczy, teoria mutacji, teoria języka. Ta ostatnia porównuje współistnienie różnych religii do współistnienia różnych języków. Języki przez wieki używania wpływają na siebie, zapożyczają słowa czy pojęcia. Podobnie jest z religiami - przez podobne wpływy ubogacają się wzajemnie. Porównanie to - wedle mnie najcelniejsze - może okazać się o wiele trafniejsze niż tego spodziewają się teologowie, którzy go używają. Znają oni dobrze systemy religijne, ale nie znają natury języka. Język jest bowiem niczym góra lodowa - składa się z dwóch części: tej widocznej, nad wodą i tej niewidocznej, pod wodą. Prawda ta wypływa bezpośrednio z twierdzenia McLuhana mówiącego, iż środek przekazu jest przekazem. W praktyce zatem zdroworozsądkowo myślącemu człowiekowi wydaje się, że przekazując jakąś treść, przekazuje tylko to, co chce przekazać. Tymczasem tak naprawdę przekazuje on w ten sposób tylko część treści, którą można nazwać jawną, widoczną. Zupełnie nieświadomy tego, mówiąc coś przekazuje także treści niejawne, ukryte w języku, w którym daną treść formułuje. To jest właśnie cały ogrom góry lodowej ukrytej przed naszym wzrokiem, o który rozbijamy się niczym Titanic.

Podobnie jest z religiami. Każda religia oczywiście próbuje opisać coś szalenie skomplikowanego - nie tylko samego Boga, ale także całą sferę duchową, cały świat Ducha. Treści jawne są jak się wydaje bardzo do siebie podobne: Bóg chce szczęścia człowieka, człowiek walczy ze złem, które się w nim rodzi, człowiek winien szanować życie itp. Na tym poziomie zatem może dojść do porozumienia nawet pomiędzy zupełnie różnymi religiami. Jednakże każda religia wyraża też treści ukryte, wpisane w światopogląd, jaki buduje w swych wiernych. Treści te są o wiele bogatsze, bardziej skomplikowane niż te jawne. Dla każdego wierzącego są one czymś naturalnym do tego stopnia, że będzie nieświadomie zakładał, iż ktoś wyznający inną wiarę mniema tak samo. Jaki więc wniosek z tego wykładu? Taki mianowicie, że jeśli chcemy przetłumaczyć proste spostrzeżenie w stylu "dziś jest ciepły dzień", z języka Indian Hopi na język chiński to nam się to świetnie uda. Jeśli jednak zdecydujemy się przetłumaczyć filozofię życia opowiedzianą przez Indianina tak, by zrozumiał ją i podzielił Chińczyk to zadanie to przerośnie każdego tłumacza. Każdy język, jak i każda religia ma wbudowaną w samą swą konstrukcję mądrość. Mądrość ta jest nieprzekładalna. Nawet nie jesteśmy jej świadomi.

Twierdzenie McLuhana jest bardzo proste. Całe zawiera się w tym jednym zdaniu: "środek przekazu jest przekazem". Konsekwencje ma jednak ogromne i ciągle przez nas nie doceniane. Niemal wszystko bowiem co ludzkie jest oparte na języku - od światopoglądu pojedynczego człowieka do światopoglądu religijnego i naukowego. Ta myśl McLuhana nie jest dla mnie tylko naukowym sformułowaniem. Od najmłodszych lat była to głęboko przeczuwana przeze mnie prawda. W mym życiu wyrażała się skrajną małomównością, chociaż może nie aż tak wielką jak to było w przypadku tego mistrza zen, który w odpowiedzi na każde pytanie milcząc, podnosił tylko palec. Dla czytelnika tej książki jest ona pewnie czymś nowym. Nasuwa mi się tu pewne porównanie, które może nieco przybliżyć jej istotę. Nie tak dawno pytałem na internetowej grupie dyskusyjnej ludzi zajmujących się komputerowym składem tekstu czy mógłbym złożyć książkę w zwykłym edytorze i w takiej formie przekazać drukarzowi. Odparli, iż owszem, ale pod jednym warunkiem. Jest bowiem tak, że na swoim komputerze mam zainstalowany jakiś zestaw czcionek. A na innym już zainstalowany będzie inny zestaw. Najpewniej więc tekst wpisany na moim komputerze, wyświetlony na innym komputerze będzie wyglądał inaczej. Żeby tego uniknąć wraz z przesłaniem treści książki powinienem przekopiować na ów inny komputer także moje czcionki. Nic to trudnego. W rzeczywistym, a nie wirtualnym świecie sprawa nie jest już taka prosta. Jak mam bowiem wraz ze słowami, które tu piszę przekopiować mój światopogląd z mojej do twojej głowy? Jak bez tych wspólnych podstaw może być mowa o prawdziwym zrozumieniu?

Wiary nikt nie może sobie zmienić. Tak, jak mowa z dzieciństwa na całe życie pozostaje językiem ojczystym - prawdziwą ojczyzną, tak też chrzest i pierwsza modlitwa zostawiają w człowieku niezatarty ślad boskiej chęci oswojenia go sobie w ten, a nie inny sposób. Z jednej strony mam wiele szacunku dla wszystkich religii. Każda z sobie przypisaną mądrością zbliża nas do Boga. Szczególny szacunek czuję do małych wspólnot, ponieważ tylko one potrafią rozsadzić mury kościoła, a nawet nasze wewnętrzne mury, którymi obudowujemy się sami. Z drugiej jednak strony prawdopodobnie nigdy nie stanę się zagorzałym zwolennikiem żadnej religii czy metody duchowej, ponieważ wszystkie one osłabiają lub nawet niszczą w nas naturalny, dziecięcy mistycyzm. I tu znów wzorem dla mnie nie jest choćby prześwietny Jiddu Krishnamurti, ale ten prosty człowiek lasu, Dersu. Jakiż cudowny świat, jakże harmonijnie współgrający z tym realnym światem może zbudować w swym umyśle człowiek nieskrępowany przez społeczeństwo, wiarę, naukę! Każda wiedza duchowa, każda religia jest sama w sobie niczym pusta szklanka. Daje nam coś dosłownie namacalnego. Wydaje się, iż by się napić, wystarczy ową szklankę przyłożyć do ust i przechylić. Tak też czynimy. Tu jednak zdarza się rzecz przedziwna: nie zauważamy tego, że szklanka jest pusta! Nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy coś w niej jest. Dlaczego? Bo nie wiemy jak smakuje woda życia. Pijąc więc z pustej szklanki zaczynamy wierzyć, że na tym to polega (na rytualne, na trzymaniu się zasad społecznych, na kształtowaniu naszej dobrej woli itp.) "Pijemy", lecz ciągle nie czujemy się zaspokojeni. (Jesteśmy pełni religijności, a nie ma w nas obecności Boga.) Tylko ci, którzy czują najbardziej dokuczliwe pragnienie zaczynają sami szukać wody, zaczynają sami prosić o wodę. Gdy już ją odnajdą, kiedy odnajdą tego, kto może im ją nalać i doproszą się o nią to dobrze, jeśli mają jakieś naczynie, ale mogą też ją nabrać w ręce, mogą ją pić wprost ze strumienia. Jest mało ważne czy pijemy ze zwykłej szklanki czy z ozdobnego kubka. Ważne jest to, że zaspokojenie jest realne. A gdy już raz napijemy się, wszystko się zmienia. Uczymy się dostrzegać różnicę pomiędzy wodą, a naczyniem. Pierwszy raz w życiu dostrzegamy wodę, a nie szklankę. Jest to wybuch świadomości na skalę galaktyki, który zilustrować mógłby tylko jeden fragment z literatury - odkrycie "wody" przez Hellen Keller.

Autobiografia Hellen Keller jest wyjątkową, ale tylko jedną z wielu książek, które dają nam inspirujące do myślenia opisy niezwykłych zdarzeń wynikłych pomiędzy świadomością-językiem-światem. Wspomnę tu chociaż jednym zdaniem o przecudownych neurologicznych baśniach z tysiąca i jednej nocy wybitnego angielskiego neurologa i psychiatry Olivera Sacksa. Ta wiedza już jest. Na pozór niczego, żadnej nowej nauki - jakiejś lingwazofii - nie trzeba tworzyć. Jednakże wiedza ta jest niczym układanka, której kawałki zostały porozrzucane. Trzeba je poszukać i poskładać. Te kawałki są wszędzie. Są w świętych księgach wszystkich religii i wyznaniach mistyków, są w wiedzy psychologicznej i neurologicznej, są w starożytnych przekonaniach Tolteków, jak i w nowoczesnych odkryciach lingwistów. Nade wszystko jednak są w nas samych. Wielu już zaczęło ją syntetyzować. Zdumiewające są prace Stephena Levina czy Kena Wilbera. Z drugiej jednak strony nie należy zapominać czy umniejszać zasług w skupianiu tej wiedzy artystom. Żadna książka naukowa, choćby nie wiem jak uduchowiona była to nauka, nie posiadając fabuły, nie zainspiruje tak, jak "Siddhartha", "Demian" czy "Narcyz i Złotousty" Hermanna Hessego. Któż bowiem opisując ziarnko piasku potrafi lepiej wyrazić cały wszechświat, jeśli nie poeta? Któż jeśli nie malarz potrafi wyrazić czas? Czy od rzeźbiarza ktoś lepiej potrafi wyrazić dotyk? Dlatego na tej drodze do zrozumienia i wyrażenia boskiego zamysłu - Pełni - trzeba nam być naukowcami i artystami zarazem. Trzeba nam uczyć się perfekcyjnie wyrażać się jednym i drugim językiem. Mało tego! Tych języków trzeba nam poznać wiele: logikę, poezję, muzykę, malarstwo, taniec... Jeśli nie nauczymy się tańczyć niczym Grek Zorba, to czy możemy w pełni wyrazić świat? Jeśli nie nauczymy się myśleć tak, jak czyni to ziarnko piasku, to czy możemy go w ogóle zrozumieć?

Gdy wszystko wydawało mi się martwe ktoś do mnie przemówił. Nie wiedziałem kto to był, ponieważ nie mówił do mnie ludzkim językiem. Przemówił do mnie drzewami, śpiewem ptaków, ciepłem słońca. Powiedział mi, że jestem taki sam jak te drzewa, ptaki, jak to słońce. I powiedział, że tak właśnie ma być, by tu stało drzewo, teraz śpiewał ptak, swym ciepłem grzało słońce. Powiedział, że i ja jestem częścią tego porządku. Wtedy zobaczyłem świat inaczej, jego oczami i też zaakceptowałem wszystko takim, jakim było. Nic się nie zmieniło - to we mnie zaszła zmiana. Świat zawsze był żywy - to ja byłem martwy. Długo starałem się to zrozumieć. Potem przemówił do mnie ludzkim językiem i zrozumiałem, że było to głos Boga, chociaż ja nie lubiłem Go tak nazywać. Jak wielu mnie podobnych, prawie uwierzyłem w to, że Bóg mówi tylko jednym językiem. Jakiś czas później jednak Bóg przemówił do mnie innym ludzkim językiem. Zadziwiłem się. Czyż mógł to być inny Bóg? Czy też Bóg mówił wieloma językami? Ja nie potrafię tak, jak czyni to wielu, odmówić Bogu prawa do mówienia do ludzi wieloma językami. Nie potrafię zatrzasnąć drzwi jakiegoś kościoła i zamknąć tam Boga. Stojąc więc w zdumieniu nad cudem świata, mówię: pokój wszystkim ludom, szacunek dla wszystkich języków Boga, podziw dla Człowieka oddanego bez reszty Duchowi, bo to on jest najwierniejszym obrazem Boga.