Дерсу Узала / Dersu Uzala / デルス・ウザーラ / Dersu Uzała









(...) wróciłem do Chabarowska i natychmiast udałem się na stację Korfowskaja, żeby odwiedzić droga mi mogiłę.



Nie poznałem okolicy — wszystko się zmieniło: koło stacji wyrosła cała osada, na podgórzach Chichcyr eksploatowano pokłady granitu, rozpoczęto wyrąb lasu, produkcję podkładów kolejowych. Kilkakrotnie próbowałem odszukać mogiłę Dersu, lecz na próżno. Cedry, służące jako znaki rozpoznawcze, zniknęły, zjawiły się nowe drogi, nasypy, wykopy, pagórki, wyrwy i doły.



Wszystko dokoła nosiło ślady cywilizacji.






W roku 1902, w czasie jednej z wypraw z oddziałem myśliwskim, jechałem w górę rzeki Cimuche, która wpada do Zatoki Ussuryjskiej koło wsi Szkotowo. Oddział mój składał się z sześciu strzelców syberyjskich i czterech jucznych koni. Celem mojej wyprawy było zbadanie powiatu szkotowskiego z wojskowego punktu widzenia oraz poznanie przełęczy i łańcucha górskiego Da-diań-szań, skąd biorą początek cztery rzeki: Cimuche, Majche, Daubiche i Lefu. Miałem również zbadać wszystkie ścieżki dokoła jeziora Chanka i w okolicy kolei ussuryjskiej.



Łańcuch górski, o którym mówimy, zaczyna się koło Imanu i ciągnie się w kierunku południowym, równolegle do rzeki Ussuri z północo-wschodu na południo-zachód. Na zachód od Da-diań-szań znajduje się rzeka Sunga-cza i jezioro Chanka, a na wschód rzeka Daubiche. Łańcuch ten rozgałęzia się dalej w dwóch kierunkach. Jeden ciągnie się na południo-zachód, tworząc grzbiet Bogata Grzywa, która rozpościera się wzdłuż całego Półwyspu Mu-rawiewa-Amurskiego. Drugie zaś odgałęzienie ma kierunek ku południowi i schodzi się z wysokim pasmem stanowiącym dział wód między rzekami Daubiche i Suczan.

...

Zaraz za przełęczą natknęliśmy się na wąwozy. Cała okolica była nimi pocięta: głębokie, zawalone karpinami rozpadliny, wyrwy i porośnięte mchem skały — wszystko to żywo przypominało obraz Nocy Walpurgii. Trudno sobie wyobrazić miejsce bardziej dzikie i nieprzyjemne.




Zdarza się, że las i góry są wesołe i pociągające, wówczas  miałoby się  ochotę  zostać  tam  na  zawsze.   Czasem znów jest przeciwnie — góry robią wrażenie dzikich, ponurych. I dziwna rzecz — uczucie to nigdy nie bywa indywidualne,   subiektywne,   lecz   raczej   zbiorowe,   obejmujące całą grupę ludzi. Wielokrotnie doświadczałem tego na sobie i to samo stwierdziłem teraz. Czuło się tutaj smutek i grozę, które wywierały przytłaczające wrażenie — wszyscy nastrój ten odczuwali jednakowo.

- To nic — mówili strzelcy - jakoś przenocujemy. Nie będziemy tu przecież zimować. Jutro znajdziemy weselsze miejsce.



Nie miałem ochoty zatrzymywać się tutaj, ale nie było innego wyjścia.  Nadchodził zmierzch i należało się spieszyć. Na dnie wąwozu szumiał potok, skierowałem się więc w jego stronę, wybrałem możliwie równe miejsce i kazałem rozbić namioty.

Majestatyczną ciszę lasu zmącił od razu dźwięk toporów i głosów ludzkich. Strzelcy zaczęli zbierać drzewo, rozsiodłali konie i zabrali się do gotowania wieczornego posiłku.

Biedne konie. Wśród kamieni i zwalonych pni pozbawione były pożywienia. Za to jutro, jeżeli uda nam się dotrzeć do ośrodków rolniczych, nakarmimy je do syta.



W lesie zmierzch zapada wcześnie. Na zachodzie, przez gęste gałęzie drzew, przeświecały jeszcze gdzieniegdzie strzępki bladego nieba, ale w dole, na ziemi, legły już nocne cienie. Światło ogniska coraz śmielej wyłaniało z mroku krzewy i pnie drzew. Rozbudzony w piargach gryzoń piszczucha wrzasnął przenikliwie, lecz nagle przelękły, zwinnie umknął do swej norki, by się już więcej nie pokazać.



Wreszcie wszystko w obozie zaczęło powoli cichnąć. Po herbacie każdy zajął się swoimi sprawami:   jeden  czyścił strzelbę,   inny   naprawiał   siodło   albo   reperował   podarte ubranie. Takiej roboty nigdy nie zabraknie. Po ukończeniu zajęć strzelcy   zaczęli   układać się  do snu.  Przytuleni jeden do drugiego, okryci szynelami, zasnęli jak zabici. Konie, nie znalazłszy w lesie pokarmu,  podeszły do biwaku i zwiesiwszy łby zapadły w drzemkę. Nie spałem tylko ja i Olentjew. Opisywałem w dzienniku wrażenie z ostatniego odcinka  drogi,  on zaś naprawiał obuwie.  



Około godziny dziesiątej   zamknąłem   zeszyt i zawinięty w  burkę ułożyłem się  przy ognisku.   Od unoszącego się  do  góry,  wraz z dymem, gorąca gałęzie starego świerka, pod którym leżeliśmy,  kołysały  się  to  zakrywając,  to  znów  odsłaniając ciemne, usiane gwiazdami niebo.  Pnie  drzew robiły wrażenie długiej kolumny posuwających się w głąb lasu niemych postaci,  znikających stopniowo w nocnym zmroku. Nagle konie uniosły łby i nastawiły uszu, by po chwili uspokoić się i znowu zapaść w drzemkę.  Początkowo nie zwróciliśmy na to szczególnej uwagi i rozmawialiśmy dalej.   Upłynęło  kilka  minut.   Zapytałem  o  coś   Olentjewa. Nie otrzymawszy odpowiedzi zwróciłem się w jego stronę. Stał  w  pozie  wyczekującej  i  zasłoniwszy  się  ręką  przed blaskiem ogniska, wpatrywał się przed siebie, nieco w bok.



- Co się stało? - zapytałem.
- Ktoś  schodzi z  góry - odpowiedział mi szeptem.

Zaczęliśmy obaj nasłuchiwać; dokoła jednak było cicho, tak cicho, jak tylko bywa w lesie chłodną jesienną nocą. Nagle z góry posypały się drobne kamyki.



- To pewnie niedźwiedź — powiedział Olentjew i zaczął nabijać strzelbę.

- Strzelaj nie trzeba. Moja ludzie... — dał się słyszeć
głos z ciemności i po kilku minutach do naszego ogniska podszedł człowiek.



Ubrany był w kurtkę i spodnie z wyprawionej jeleniej skóry. Na głowie miał jakiś zawój, na nogach unty, na plecach duży tobołek, a w rękach drewniane koziołki i długą berdankę.

- Witaj, kapitan — powiedział przybysz zwracając się do mnie, po czym oparł o drzewo strzelbę, zdjął z pleców tobołek  i  otarłszy spoconą twarz  rękawem  koszuli,  przysiadł się  do ognia.   Mogłem mu się  teraz  dobrze  przyjrzeć. Wyglądał na jakieś czterdzieści pięć lat. Był niedużego wzrostu, krępy i prawdopodobnie odznaczał się dużą siłą fizyczną. Pierś miał wypukłą, ręce muskularne, mocne, nogi nieco krzywe. Jego opalona twarz była typowa dla tubylców:   wydatne  kości   policzkowe,   maleńki  nos,   oczy mongolskie z fałdką na powiekach i szerokie usta z mocnymi zębami. Małe, ciemnopłowe wąsy okalały mu górną wargę,   a   niewielka   rudawa   bródka   zdobiła   podbródek. Najbardziej   jednak   przykuwały   uwagę   jego   oczy.   Były ciemnoszare, spoglądały spokojnie i nieco naiwnie. Wyrażały  zdecydowanie,   prawość charakteru  i  dobroduszność.



Nieznajomy nie oglądał nas tak ciekawie, jak my jego. Wydobył zza pazuchy kapciuch z tytoniem, nabił swoją fajeczkę i zaczął palić w milczeniu. Nie wypytując, kim jest i skąd idzie, poczęstowałem go jedzeniem. Taki jest obyczaj tajgi.

- Dziękuję,  kapitan  —  powiedział.  —  Moja  bardzo chce jeść, moja dziś nie jeść.

Podczas gdy jadł, przyglądałem mu się dalej. U pasa zwisał myśliwski nóż, prawdopodobnie więc był to myśliwy. Ręce miał zgrubiałe, podrapane; podobne, tylko głębsze blizny miał na twarzy: jedną na czole, drugą na policzku koło ucha. Kiedy zdjął zawój z głowy, zauważyłem, że ma gęste, płowe włosy; rosły one bezładnie i zwisały z boku długimi kosmykami.



Nasz gość nie był rozmowny. Olentjew nie wytrzymał wreszcie i zapytał przybysza wprost:
- Kto ty jesteś? Chińczyk czy Koreańczyk?
- Moja Gold - odpowiedział krótko.
- Jesteś pewnie myśliwym? - zapytałem go znowu.
- Tak - powiedział. - Moja ciągle polowanie chodzi, innej pracy nie ma, ryba łowić też rozumieć nie, tylko jeden polowanie rozumieć.



- A gdzie mieszkasz? - wypytywał go dalej Olentjew.
- Moja nie ma dom. Moja wciąż sopka mieszka. Ogień pali, namiot rozkłada, śpi. Zawsze chodzi polować, jak w domu mieszkać?

Opowiedział potem, że dziś polował na marale i ranił jedną matkę, ale lekko. Idąc za postrzeloną, natknął się na nasze ślady. Zaprowadziły go one do wąwozu. Gdy się ściemniło, zobaczył ogień i skierował się prosto w jego stronę.

- Moja cichutko chodzi - mówił. - Myśli, jaki ludzie daleko sopki chodzi? Patrzy - jest kapitan, żołnierze. Moja wtedy chodzi prosto.

- Jak się nazywasz? - spytałem nieznajomego.

- Dersu Uzała - odpowiedział.

Zainteresował mnie ten człowiek. Było w nim coś szczególnego, oryginalnego. Mówił po prostu, cicho, zachowywał się skromnie, bez przypodchlebiania się. Rozgadaliśmy się. Gość opowiadał mi długo o swoim życiu i im więcej mówił, tym bardziej wydawał mi się sympatyczny. Miałem przed sobą pierwotnego myśliwego, który całe życie spędził w tajdze. Ze słów jego dowiedziałem się, że środki do życia zdobywa przy pomocy strzelby, którą odziedziczył po ojcu; zdobycze z polowania wymienia u Chińczyków na tytoń, proch i ołów. Opowiedział mi potem, że ma teraz pięćdziesiąt trzy lata, że nigdy nie miał domu, żył zawsze pod gołym niebem i tylko zimą budował sobie tymczasową jurtę z dębnika albo kory brzozowej.

Pierwsze przebłyski jego dziecinnych wspomnień - to rzeka, szałas, ogień, ojciec, matka, siostrzyczka.

- Wszyscy dawno umrzeć - zakończył swoje opowiadanie i zamyślił się. Po chwili dodał: - Dawniej miał też żona, syn i dziewczynka. Ospa wszystkich ludzi kończy. Teraz moja zostać sam...

Twarz jego posmutniała pod wpływem przeżywanych wspomnień. Próbowałem go pocieszać, lecz jakież znaczenie mogły mieć moje słowa dla tego samotnego człowieka, któremu śmierć zabrała rodzinę, tę jedyną pociechę na stare lata. Nic mi nie odpowiedział i tylko jeszcze niżej opuścił głowę. Chciałem mu jakoś wyrazić swoje współczucie, coś dla niego zrobić, nie wiedziałem jednak co. Wymyśliłem wreszcie: zaproponowałem, że zamienię jego starą strzelbę na nową, odmówił jednak, powiadając, że berdanka jest mu droga ze względu na pamięć ojca, że przyzwyczaił się do niej i że strzela bardzo dobrze.

Gwiazdy przesunęły się na niebie i wskazywały, że już minęła północ. Upływały godziny za godzinami, a my wciąż rozmawiając siedzieliśmy u ogniska. Przeważnie mówił Dersu, a ja słuchałem go z przyjemnością. Opowiadał mi o swoich polowaniach, o tym, jak chunchuzi wzięli go do niewoli i jak ratował się ucieczką. Opowiadał o swoich spotkaniach z tygrysami, mówił, że nie można do nich strzelać, gdyż są to bogowie, którzy strzegą żeń-szenia przed człowiekiem, mówił o złych duchach, o powodziach itp.

Pewnego razu napadł na niego tygrys i silnie poranił. Żona szukała go przez kilka dni, przeszła ponad 200 km i wreszcie, idąc śladami, znalazła go osłabionego wskutek upływu krwi. Przez czas trwania jego choroby sama chodziła na polowania.
Zacząłem go później wypytywać o okolicę, w której znajdowaliśmy się. Powiedział, że są to źródła rzeki Lefu i że nazajutrz dojdziemy do pierwszej fanzy myśliwskiej.
Na ziemi i na niebie panowała jeszcze ciemność, tylko w stronie, gdzie ukazywało się coraz więcej gwiazd, czuło się nadchodzący świt. Na ziemię spadła obfita rosa - nieomylny znak, że nazajutrz będzie piękna pogoda. Dookoła panowała uroczysta cisza. Zdawało się, że cała przyroda odpoczywa.

Po upływie godziny wschód zaczął się rumienić. Spojrzałem na zegarek. Godzina szósta rano. Czas budzić dyżurnego przewodnika. Potrząsnąłem go za ramię. Strzelec usiadł i zaczai się przeciągać. Marszczył się, gdyż jaskrawy blask ognia raził go w oczy. Ujrzawszy Dersu, powiedział z uśmiechem:

- Co za dziwo, jakiś człowiek?... - i zaczął wciągać obuwie.

Niebo z czarnego stało się szafirowe, a potem szare, mętne. Nocne cienie zaczęły kryć się w krzakach i wąwozach. Wyjdą stamtąd, kiedy słońce skryje się za horyzontem. Wkrótce obóz nasz ożył znowu: ludzie zaczęli rozmawiać, konie ocknęły się z odrętwienia, gdzieś z boku zapiszczał gryzoń ochotona, niżej z wąwozu zawtórował mu drugi; rozległ się głos dzięcioła i trajkotanie żołny. Tajga budziła się. Z każdą chwilą stawało się widniej, aż wreszcie jasne promienie słońca całym snopem buchnęły zza gór i rozświetliły las. Obóz nasz przybrał zupełnie inny wygląd. W miejscu jasnego ogniska leżał teraz popiół: ognia prawie wcale nie było widać; na ziemi walały się rozrzucone puszki od konserw; tam gdzie stał namiot, sterczały teraz jedynie drągi, trawa była zgnieciona.